– czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

20- 23 stycznia 2011

Zanzibar

Na wyspę Zanzibar mieliśmy jechać autobusami i promem, zwiedzając przy okazji stolicę administracyjną Tanzanii – Dodomę (mniej więcej w środku drogi) oraz stolicę faktyczną Dar es Salaam, skąd promem mieliśmy się udać na samą wyspę. Z powodu choroby mojej nogi plany uległy zmianie. W czwartek po południu udaliśmy się z powrotem do Mwanzy. Do Shinyangi odwiózł nas bardzo sympatyczny dyrektor szkoły Don Bosco ks. Melki, a potem udaliśmy się autobusem liniowym do Mwanzy. Opis jazdy tym autobusem to mogłaby być osobna historia. Skoro tylko wyszliśmy z samochodu na dworcu obskoczyła nas kilkunastu „akwizytorów” z ofertą przejazdu. Całe szczęście Jola i Melki nie dali się zwieźć i poczekaliśmy na przelotowy autobus z Dodomy do Mwanzy, mimo, że oferenci już nam niemal brali walizki do pustego autobusu do Mwanzy. Kiedy odjeżdżaliśmy ów jeszcze stał. Dalej pusty. Kierowca jechał bardzo szybko. Czasem tylko  „zapominał”, że na drogach w Tanzanii są wysepki ograniczające prędkość. Byliśmy jedynymi „mzungu”, czyli białymi pasażerami, ale jazda kierowcy wzbudzała poruszenie nawet wśród tutejszych pasażerów przyzwyczajonych do jazdy autobusami. Dzięki Bogu bez zerwania podwozia i amortyzatorów cały czas przy tanzanijskich rytmach „disco polo” (także na ekranach małych monitorów w autobusie) dojechaliśmy do dworca w Mwanzie. Tam nareszcie mogłem kupić pasek do spodni (otrzymany na dzieciątko nowy w Polsce tutaj rozleciał się po kilku dniach) i taksówką jechaliśmy ponad pół godziny przez miasto (ok. 30 km) zapłaciliśmy zaledwie 15 tys. szylingów tanzanijskich, czyli przeliczając na nasze 30 zł. W Regional House SMA znanym nam już z życzliwości i gościnności przenocowaliśmy i w piątek odlecieliśmy samolotem najpierw do Dar es Salaam jednym, a potem drugim już na Zanzibar. W sumie podróż samolotem trwała ponad dwie godziny, a autobusem miała trwać 16 godzin plus jeszcze kilka godzin chybotliwym promem. Nie mieliśmy wątpliwości, że wybór środka transportu był słuszny. W stolicy potworny upał i duchota. Z ulgą wchodziliśmy na drugi samolot, gdzie na pokładzie włączają oczywiście klimatyzację. Samoloty mają tutaj bardzo dobre, nowoczesne (Boeningi, ATR-y). Obsługa też tutejsza. Tylko te służby kontrolne działają  jakby w innym tempie i kolejności.

źródło: www.inter-sell.pl/czoko/

Zanzibar – to duża wyspa. Połączenie ówczesnej Tanganiki i Zanzibaru w dwa lata po uzyskaniu niepodległości przez Tanganikę zaowocowało powstaniem nowego państwa – Tanzanii (nazwa dwuczłonowa nawiązuje do faktu połączenia Tan – Zania). Zanzibar ma wielką samodzielność, autonomię, z powodu tego połączenia. Ma swego prezydenta, parlament, trochę inne prawo, samodzielność gospodarczą. Ale język i waluta na szczęście te same. Wyspa jest w 95 % muzułmańska.  Ze względu na klimat jest całoroczną mekką turystów. Jak wyszliśmy z lotniska czekał już na nas kierowca właściciela „hotelu” z dużym napisem  „Jola – 3 persons”. Weszliśmy z dusznego powietrza do jeszcze większej duchoty wnętrza samochodu. Ale szczęśliwi, ze jesteśmy na miejscu. Najpierw szukaliśmy dermatologa, który by obejrzał moją mocno zaczerwieniona nogę i sprawdził diagnozę i leczenie zastosowane w szpitalu w Bugisi. Po małych perturbacjach dostaliśmy numerek 10 i kazano nam czekać na skromnej ławeczce na zewnątrz gabinetu.  Po jakiejś pół godzinie weszliśmy do „gabinetu”.  Wszystko pokryte wymalowanymi na biało płytami pilśniowym (po co solidniejsze materiały w tym klimacie), nie dość dokładnie poukładanymi. Ale na szczęście lekarz wyglądający na Araba okazał się bardzo sympatyczny, a zarazem kompetentny. Cierpliwie wysłuchał całej historii i zgodził się z sugestią mojego lekarza rodzinnego, że w tym przypadku pomoże mi to, co stosowałem kilkakrotnie w Polsce.  Za wizytę wziął zaledwie 2 dolary.  Lek w pobliskiej aptece plus wapno, które zawsze biorę przy problemach skórnych kosztowały 10 dolarów. Zauważyłem ciekawą rzecz, gdy chodzi o wydawanie leków. Dostaje się w szpitalu czy u lekarza tylko tyle, ile trzeba zażyć. Farmaceutka otworzyła opakowanie Prednisolone i podała mi trzy „skrzydełka”, a nie całe opakowanie. Logiczna oszczędność z dwóch stron – ja nie płacę za więcej niż potrzebuję, tutejsza służba zdrowia może tę samą ilością opakowań leków obsłużyć więcej pacjentów (to mała uwaga dla naszej służby zdrowia, gdzie szukać oszczędności).

źródło: www.worldbesthostels.com

Po ok. godzinie jazdy (okazało się później, ze przecięliśmy Zanzibar wszerz) dotarliśmy na miejsce. Urocze – jak ja to nazywam – bungalowy umiejscowione są w „Pakachi Beach Resort” tuż nad Oceanem Indyjskim (ponoć najczystszym na świecie), wśród przepięknych palm kokosowych (których pełno na wyspie). Posiłki jedliśmy w restauracji tuż nad morzem, z widokiem na plażę i – co najważniejsze – z cudownym wiaterkiem od oceanu, którego nie było w naszej dusznym domku. Spaliśmy w jednym domku, gdzie było kilka pokoi i łazienka ze słoną wodą. Raz była tylko zimna, innym razem leciał dosłownie wrzątek (widocznie jak słońce podgrzało za mocno zbiorniki), rzadziej była normalna woda. Ale nawet ta zimna w upale i duchocie była błogosławieństwem. Już wieczorem w czasie pierwszego posiłku zauważyliśmy, że morze, które nam szumiało niemal pod nogami, gdzieś uciekło. Okazało się, że przypływy i odpływy morza są jedną z największych atrakcji Zanzibaru. Nasz przewodnik wręczył nam tygodniowy plan tychże odpływów i przypływów. Mniej więcej dwa razy na dobę jest wysoka woda i dwa razy niska. Różnica poziomu morza to od 4-6 m. Przy odpływie – co sprawdziliśmy następnego dnia – można wejść  „w morze” na odległość chyba nawet 500 m, jeśli nie więcej. Idzie się najpierw po małych skałkach przy brzegu tuz za plażą, potem po wydmach, kałużach, jakichś roślinkach, tudzież brodzi przez małe stawy, potoczki i in. atrakcyjne przeszkody, by dojść  do mielizn, gdzie woda jest oszałamiająco ciepła, czasem wręcz gorąca ( ze względu na ich płytkość).Te mielizny ze względu na jasny kolor piasku mają – jakiś turkusowy, lazurowy czy seledynowy kolor. Trudno to zresztą określić. Ten przepiękny kolor zmienia się w zależności od poziomu wody nad mielizną. Te mielizny  są dość płytkie, zupełnie czyste, umożliwiają jednak pływanie. Głębie są  widoczne gołym okiem, bo są zdecydowanie ciemniejsze. Nie ma na nich żadnych fal, lekka tylko bryza. Fale – bardzo duże – widoczne są w oddali. Prawie cały następny dzień spędziliśmy na tych uroczych pod wieloma względami mieliznach. Raz morze słychać bardzo blisko, raz nie słychać wcale (gdy jest odpływ). W czasie przypływu zdaje się być wzburzone, w czasie odpływu jest spokojne, jakby w defensywie.  To niezwykłe dla nas zjawisko przypływów i odpływów skojarzyło mi się nieodparcie z wyjściem z Egiptu Izraela i przejściem przez Morze Czerwone. „Przeszli suchą stopą przez morze”, „morze to ujrzało i uciekło” mówi Biblia. Z pewnością egzegeci będą kręcić nosem, ale czyż to naturalne zjawisko nie zostało słusznie odczytane przez Izraela jako nadzwyczajna interwencja Boga? Byli w potrzasku. Z tyłu nadciągali Egipcjanie, a przed nimi morze, które na słowo Boga „uciekło”, „rozstąpiło się”.  Tak zresztą jest najczęściej w naszym życiu, że Bóg działa w sposób naturalny (zgodny z naturą), a my ślepi nie widzimy Jego działania i oczekujemy cudowności.

Jola cały czas mówiąc nam o Zanzibarze mówiła o tych odpływach i przypływach i że nigdy tu jeszcze nie była. Nasz przyjazd był dobrym pretekstem, by wreszcie mogła tutaj dotrzeć.

Spice Tour

Następnego dnia w niedzielę 23.01 po Mszy św. odprawionej na balkonie naszego domku (jedyne miejsce gdzie dochodzi orzeźwiający wiatr od morza) wybraliśmy się na Spice Tour – jedna z atrakcji wyspy. Nie mogłem zapamiętać tej nazwy. Ciągle mówiłem o Tour de Ski, które, jak wiem, w znakomitym stylu wygrała Justyna Kowalczyk. Okazało się, że chodzi nie o narty będące tutaj rzeczą nieznaną (podobnie jak śnieg), ale o przyprawy. Na paruset metrach kwadratowych zgromadzono kilkadziesiąt, jeśli nie więcej egzotycznych drzew, krzaków, roślin, bylin itp., które są źródłem przypraw od wieków będących przedmiotem marzeń Europejczyków. Czyż wielkie wyprawy geograficzne nie miały na celu odkrycie nowych dróg (prócz lądowych) do krain, gdzie to wszystko rośnie? Nasz przewodnik po Spice Tour cierpliwie podprowadzał nas do różnych krzewów i zasypywał zagadkami. Dzięki Joli znaleźliśmy się w średniej grupie znawców zapachów i egzotycznych przypraw. Najpierw podeszliśmy do drzewa muszkatołowego (tak to zrozumiałem z angielska). Najczęściej przewodnik sam lub przy udziale pomocnika (jeśli trzeba było wspiąć się na drzewo) zrywał liście danego okazu, miętosił je w rękach i dawał każdemu z nas osobno do powąchania. A ja robiłem mądrą minę do złej gry i moim nosem oczywiście nie potrafiłem rozpoznać muszkatu od imbiru czy goździka. Jedynie zapach cynamonu był mi jakoś bliski. Królem przypraw na Zanzibarze, źródłem największych dochodów jest goździk.

źródło: www.obiezyswiat.org

Widzieliśmy mnóstwo innych ciekawych roślin owocowych np. czerwone banany. Okazuje się, że jest tu aż 7 rodzajów bananów. Niektóre tylko do jedzenia, inne do gotowania. Oprócz pomarańczy, które dojrzewając tutaj są żółte, z owoców są też mandarynki, ich odmiana klementynki, z kolei u nas żółte cytryny – tutaj są niemal wyłącznie zielone. Renia rozpoznała bezbłędnie znany nam wszystkim pieprz, który jak nasz swojski powój piął się na jakimś drzewku. Zrozumiałem w tym momencie, że jestem tam, gdzie pieprz rośnie – jak mówi nasze polskie przysłowie. Przewodnik nie od razu dawał rozwiązanie zagadki. Często podprowadzał nas opisem, do czego używamy daną przyprawę, różne okoliczności wykorzystania danej rośliny (do kosmetyków, w ziołolecznictwie, w medycynie, jako afrodyzjak, jako tutejszy zakazany środek aborcyjny itd.).

źródło: www.obiezyswiat.org

Prawdziwym rarytasem był pokaz wspinania się na palmę kokosową. Drugi pomocnik naszego przewodnika pokazał nam z duma swe jedyne narzędzie, które miało mu w tym pomóc. Był to sznur związany w ósemkę („eight”  tłumaczył nam), który założył sobie na stopy i opierając się na tym sznurze sprawnie szybko wchodził na chyba 20-metrową palmę.   Śpiewał przy tym jakąś sentymentalną tutejszą piosenkę, którą znała także Jola.  Potem ściął kilka kokosów jeszcze zielonych, nie takich brązowych, o skamieniałej skorupie, jakie są u nas dostępne. Kokosy spadając nieco tylko się rozbiły. Potem na ziemi nożem sprawnie je poobcinał i mogliśmy pić smakowite mleczko kokosowe w bardzo dużej ilości (owoce były chyba o dwa, trzy razy większej objętości niż u nas w Polsce). Jeszcze smaczniejszy był miąższ, nie twardy, suchy jak u nas, ale miękki, jakby zgęstniała galaretka. Ciekawa sprawa jest wykorzystywanie palm kokosowych – jednego z największych bogactw wyspy. O owocach wspomniałem wyżej. Nawet skorupy widzieliśmy wykorzystane w restauracji na popielniczki. Drzewo pnia jest bardzo dobrym materiałem na meble i w ciesielstwie. Potężne gałązki są materiałem dekarskim (np. nasz domek, w którym mieszkamy pokryty jest tymi liśćmi). Służą także do budowy skromnych, by nie powiedzieć nędznych domostw mieszkańców. Są z nich robione ściany uzupełniane jakimś mułem z ziemi. Nasi przewodnicy po spice tour  zrobili nam  z nich eleganckie torebki dla dziewcząt, dla mnie krawat, korony dla nich, dla mnie czapa. Zostałem ogłoszony bossem na wyspie, a moje towarzyszki skromnymi królewnami. Spośród niewymienionych drzew czy przypraw widzieliśmy drzewo kawowe, kakaowca (tylko tutaj i w Afryce zachodniej), drzewo wydające owoce o angielskiej nazwie Jack fruit (największe owoce świata do 15 kg), podobnie passion fruit, kardamon, drzewo dorian, awokado, tek, henna, lemon gras, mimoza (za dotknięciem zwija się błyskawicznie jakby w celach obronnych), drzewo migdałowe, jabłka zanzibarskie, staff fruit, shokishoki, kapok ( z angielskiego –  drzewo pokryte taką niby bawełną wykorzystywaną do poduszek), kardamon znany też w Polsce, drzewo cynamonowe (cynamon wyrabia się susząc odnawiająca się korę tych drzew) i in. egzotyczne w nazwie, wyglądzie i smaku. Owocem jednego z nich (lipstick) Jola i Renia mogły sobie od razu pomalować wargi. To jest już gotowa szminka. Wystarczyło nie posmarować ochronnym kremem tylko niewielkich obszarów swego ciała i już pojawia się osłabienie oznaczające małe porażenie słoneczne. Tutaj nie można oszukać siebie. Jola opowiada nam, że zwyczajem polskim rzuciła się dwa lata temu w wir pracy nie odpoczywając w ciągu dnia. Ks. Janusz zapytał ją stanowczo: Chcesz tu być kilka miesięcy czy kilka lat? Jeśli to drugie to zacznij odpoczywać. Nawet, jeśli nie chce się spać w tym klimacie trzeba odpocząć i normalnie odżywiać się. Jola wspomina, że tylko raz nie zjadła kolacji i następnego dnia miała już malarię.

Może pojawia się pytanie, co Jola robi z nami na Zanzibarze w czasie, gdy trwa już rok szkolny. Dyrektor ks. Melki zwolnił ją wiedząc o naszej wizycie, ale dzieci mają prawie normalne lekcje w tym czasie. Bez zastępstw. Jola wymyśliła, że jedno z nich będzie nauczycielem. Na lekcjach rozda zadania uczniom i znając odpowiedzi prawidłowe będzie oceniało swoich kolegów. Kiedy Jola wyznaczyła do tego zadania jedną najbardziej zdolną uczennicę, uczniowie zaproponowali kogoś innego. Jak stwierdzili lepiej nadaje się na nauczyciela. Dyrektor ks. Melki pochwalił pomysł Joli. Ona jest pewna, że jej lekcje nie przepadają. Ot, tanzanijska rzeczywistość szkolna!