– czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

26 stycznia 2011 (środa)

Ostatni dzień

W środę 26.01 ostatni dzień poznawania Afryki. Rano jedziemy z ks. Arkiem i jego ojcem najpierw do boma głównego katechisty jednego z outstation. Boma to kilka okrągłych chałup masajskich, w których właściciel ma swoje żony i dzieci i najbliższych krewnych. Centrum bomy stanowi zagroda dla krów i kóz – okrągły plac ogrodzony kijami i zaroślami. Zwierzęta małe i słabe nocują w domu z ludźmi. Te okrągłe domki Masajów są średnicy może czterech metrów, a ścianki wewnątrz przedzielone są na kilka „pokoi”: łóżko dla męża, dla żony i dzieci, małe palenisko, zagroda dla  zwierząt. Do takiego boma jechaliśmy może ponad godzinę. Po drodze pełnej wyrw wertepów, gdzie drogi po porze deszczowej czasem znikają i pojawiają się nowe,  mijamy stado antylop, które pobudzone klaksonem przez ks. Arka uciekają swoimi długimi nawet na siedem metrów susami. Mijamy także kilka strusi  oraz stado małych małp. W samochodzie ks. Arek opowiada o wojownikach masajskich, którzy ostatnio upolowali lwa. Masajowie żyją w zgodzie z naturą i nie polują dla mięsa. Zresztą nie jedzą dziczyzny zasadniczo, choć – pyta retorycznie ks. Arek – skąd wiedzą, że mięso żyraf jest słodkie. Na lwa zapolują dopiero wtedy, gdy zaatakuje ich stado. Wybierają się na polowanie tylko wojownicy. Jest ich kilkunastu lub kilkudziesięciu. Dzidami zabijają zwierzę. Tylko dwóch pierwszych, którzy zadali ciosy dzidą może mówić o sobie, że to oni upolowali lwa. Zabierają z niego tylko ogon i jedna łapę, resztę zostawiają hienom.

Masajowie do których przybyliśmy – mężczyźni i kobiety –  byli bardzo życzliwi, zadowoleni, że tylu białych ich odwiedziło. Witają się przez podanie dłoni wszyscy z wszystkimi, a dzieci pochylają  głowy, aby je dotknąć. Takie odwiedziny muszą w ich tradycji być połączone z ucztą. Siadamy pod rozłożystym drzewem. Jest mały stolik. Jesteśmy częstowani najpierw herbatą z mlekiem, a potem kobiety przynoszą garnek z ziemniakami i mięsem kozim, a dla nich duże porcje ryżu z nielicznymi kawałkami mięsa. Trzeba skosztować. Smakowało nawet dobrze. Robimy sobie zdjęcia. Bardzo lubią pozować. Dzieci w aparatach cyfrowych spoglądają na zdjęcia i śmieją się ze swoich kolegów i koleżanek. Nie zauważają siebie. Po prostu bardzo rzadko widzą swoje wizerunki. Po uczcie siadamy wraz ze starszyzną wioski do samochodu i jedziemy do przedszkola i szkoły podstawowej (1 i 2 klasa). Dzieci widząc nas z daleka śpiewają „Karibuni, karibuni”  („witamy, witamy”). Klaszczą przy tym radośnie pod kierunkiem wychowawców. Przedszkole i szkoła zostały wybudowane z ich inicjatywy, żeby dzieci  najmłodsze nie musiały chodzić do szkoły 8-10 km, tylko 4-5 km. Pomógł życzliwy misjom ojciec ks. Arka pan Stanisław. Teraz chcą mu podziękować. Dla nas przyniesiono kilka ławek ze szkoły, abyśmy usiedli. Inni stoją, dzieci siedzą spokojnie w cieniu wielkiego drzewa. Następują przemówienia głównego katechisty, tutejszego „sołtysa” wsi, a także najstarszej kobiety. Lubują się w tych uprzejmościach, przywitaniach, podziękowaniach. My także krótko przemawiamy. Klaszczą, cieszą się z naszej wizyty, choć ja z Jolą i Renią, nic wielkiego dla nich nie zrobiliśmy. Na końcu przynoszą do wyboru napoje gazowane, a potem wręczają prezenty. Pan Stanisław otrzymuje ozdobną chustę i komplet ozdób wokół szyi dla żony, ks. Arek „buławę”, a my po pięknym krzyżyku ozdobionym w stylu masajskim. Prezenty są wręczane przy śpiewie. Podobnie jak na weselu w Puni wręczający prezent idzie powoli w rytmie tańca do tego, którego chce obdarować. Potem idziemy za dziećmi zobaczyć ich piękną szkołę bez drzwi i okien (nie są tu potrzebne) za to z porządnymi drewnianymi ławkami i tablicą. Dzieci mają nieliczne zeszyty. Na nasz widok zrywają się na baczność i coś wykrzykują na powitanie podnosząc wyprostowana dłoń do czoła. Potem ks. Arek i Jola trochę ich sprawdzają, a dzieci chórem powtarzają literki i cyferki.

Dalej jedziemy do nowego kościoła w Lemoti. Jak głosi tablica przy wejściu całkowicie ufundowanego przez państwa Stanisława i Janinę Nowaków. Porządny, murowany, wyłożony kafelkami, z piękną masajską drogą krzyżową, drewnianymi ławkami, na których schnie jeszcze farba, a w prezbiterium obraz Chrystusa przemienionego przywieziony ze Starego Sącza. Cały kościół w formie rotundy, tak jak wyglądają domki masajskie. W zakrystii znów uczta: napoje plus kozina o charakterystycznym smaku. Po południu wracamy na misję. Uczestniczymy we Mszy o 16.30 razem z dziećmi ze szkoły kilkoma kobietami i mężczyznami, a potem po odpoczynku zwiedzamy pobliski krater wygasłego wulkanu o średnicy chyba nawet kilometra i głębokości 200-300 m. Robi na nas ogromne wrażenie. Jest świętym miejscem Masajów zwanym „dziurą, okiem lub studnią Boga”. Po drodze widzimy święte drzewo Masajów tutejszych. Pień ma jakby kształt pępowiny. Dlatego modlą się tutaj Masajowie o dzieci i o deszcz. Cały czas towarzyszy nam sympatyczna gromadka dzieci, które chcą się tulić, być trzymane za ręce. Niewiele ich rozumiemy, bo nie potrafią w suahili, ale do zabawy nie trzeba znajomości języka. Jutro jeszcze podróż do Arushy na autobus do Nairobi, a wieczorem odlot via Amsterdam do Warszawy.

Nie jestem w stanie w tym momencie objąć i podsumować moich wrażeń. Uczynię to po powrocie do domu. Jak stwierdził ks. Arek Afryka zmienia człowieka i nigdy już nie pozostanie ten sam po doświadczeniu życia, ludzi, ich wiary na Czarnym Kontynencie. Bardzo chciałbym, żeby miał rację.

(źródło zdjęcia: www.digart.pl/praca/2055749)