– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

13 lipca 2012

Teren wokół parafii ks. Wacka jest górzysty, przypominający nasze Beskidy, choć przełom rzeki Kafue (dopływu bardziej znanej na południu Afryki Zambezi) momentami przypomina Pieniny. Roślinność jest raczej karłowata. Jesteśmy w Namalundu na wysokości ok. 1000 m nad poziomem morza. Drzewa są niskie, raczej małe. Spod ziemi wyzierają skały. Ziemia jest czerwona, podobnie skały.

Ks. Wacek (wraz z przebywającym teraz w Polsce ks. Grzegorzem) mieszkają na bardzo skromnym probostwie. Obaj mają po jednym pokoju. Wspólna jest jadalnia wraz z salonem, oczywiście kuchnia, w której pracuje bardzo dobrze gotująca Zambijka oraz łazienka. My z Zigą śpimy w osobnym budynku właśnie przeznaczonym dla gości. Obok jest nazwijmy to dom parafialny z częścią zadaszoną ale bez ścian.

Co do klimatu i pogody to Zambia jest w lipcu wspaniałą odskocznią dla aktualnych temperatur w Polsce. Jest tu tzw. pora zimna i sucha czyli od końca maja do przełomu sierpnia i września. Ich pora zimna tzn. temperatura w ciągu dnia ok. 20-25 stopni. Rano chłodniej. W nocy śpi mi się bardzo dobrze. Wczoraj wieczorem Wacek u siebie w pokoju miał 19 stopni, a więc w sam raz (jak dla mnie). Wietrznie – i to nawet bardzo –  było nam  z Zigą na otwartej pace samochodu dzisiaj (miejsce obok kierowcy udostępniliśmy przewodnikowi, który oprowadzał nas po elektrowni wodnej). Po porze suchej i zimnej nastaje pora gorąca i także sucha, a potem  deszczowa (kilka miesięcy na przełomie roku).  Z powodu tej pory suchej nie jest tu zbyt zielono. Część drzew jest zupełnie suchych. Wacek zapewnia, że za kilka miesięcy ożyją.

Pierwszego dnia pobytu w piątek 13 lutego po Mszy św. w kościele wybieramy się na ustalone i zapowiedziane wcześniej przez Wacka zwiedzanie elektrowni wodnej ZESCO. Z tego skrótu zapamiętałem co oznacza pierwsza litera (Zambia) i dwie ostatnie (Company). Po drodze do elektrowni (kilkanaście kilometrów od Namalundu) co chwilę kogoś zabieramy i wysadzamy. Wacek żartuje, że gdyby tu nie był misjonarzem to jeździłby jako tani taksówkarz. Ludzie bardzo często podróżują pieszo. Jestem poruszony gdy matka z małą dziewczynką i chyba swoja matką przejechały dzięki życzliwości Wacka chyba z 7-8 kilometrów. Nie wiem jakie sprawy szły załatwić z tym maleństwem, ale widać, że zabiera im to nawet cały dzień. Zambia prawie dwa i pół raza większa od Polski ma tylko 13 milionów mieszkańców i jest słabo zaludniona. Po drodze spotykamy kobietę niosącą na głowie kosz z pomidorami. Nie tylko ją podwozimy, ale kupujemy dwie paczki pomidorów (ok. 1,5 kg). Płacimy niecałe dwa dolary czyli cena tak jak u nas. Niesamowita jest ta umiejętność noszenia różnych przedmiotów na głowie. Potrafiła kosz z kilkunastoma kilogramami pomidorów nieść nawet bez podtrzymywania go ręką.

Po dość krótkiej jak na tutejsze warunku podróży dojeżdżamy najpierw do budynków dyrekcji elektrowni. Wszystko jest pilnie strzeżone. Pokonujemy wiele szlabanów, gdzie nierzadko stoją uzbrojeni strażnicy. Wacek jest umówiony (ma dokumenty) na wjazd, więc sprawnie pokonujemy bariery biurokratyczne. Nasz przewodnik po elektrowni („mister Bwalia” czyt. Balia jak ciągle tytułuje go Wacek) okazuje się nowo wybranym przewodniczącym tutejszej Rady Duszpasterskiej parafii w Namalundu. Spotykamy go później kilka razy w kościele i na probostwie. Budynek dyrekcji ma specjalne szyby, które my możemy używać tylko jak lustra, a pracownicy wewnątrz doskonale nas widzą. Obok budynku dyrekcji jest duża wieża z windą (500 metrów w dół), ale winda jest aktualnie nieczynna. Musimy jechać kilka kilometrów niżej „kanionem” rzeki by dotrzeć do kilometrowej długości podziemnego tunelu i rozpocząć zwiedzanie elektrowni. Jeszcze zanim wjedziemy do tunelu zatrzymujemy się i robię zdjęcia pięknego przełomu rzeki  Kafue. Parę słów o elektrowni. Ma sześć turbin każda o mocy 160 MW, a więc w sumie maksymalnie 960 MW mocy ma ZESCO. Jak się okazuje na dole przy tablicy kontrolnej poszczególne turbiny pracują najczęściej na  90 % możliwości. Elektrownię zbudowali jeszcze w latach 1968-77 Jugosławianie (dzisiaj trzeba by powiedzieć Serbowie), ale urządzenia dostarczali Szwedzi. Na turbinach znajduję znaną Chorzowianom nazwę Alstom. Schemat działania jest następujący. To co aktualnie zwiedzamy to serce elektrowni. Woda dostarczana jest ze sztucznie utworzonego zbiornika na rzece podziemnym tunelem, który ma kilkanaście kilometrów długości. Nad samymi turbinami puszczana jest pionowym tunelem o dł. 400 m, by uzyskać jak największą siłę, moc dla spadającej wody. Wszystko wydrążone jest w twardej granitowej skale (widać wiele odwiertów na ścianach), bez żadnych podpór czy umocnień ze względu na twardość skały. Zwiedzamy w kaskach różne skomplikowane urządzenia. Woda spadająca na turbiny musi być czysta, a więc już przy jej poborze ze zbiornika jest wielokrotnie czyszczona, filtrowana. Pytamy się czy te turbiny na które spada były już wymieniane. Okazuje się, że są z tak dobrej stali, iż pracują nieprzerwanie od 40 lat. Ale trzeba o nie dbać. Zambijczycy, których w elektrowni pracuje ok. 100 czasem kupują części zamienne chińskie czy hinduskie, bo tańsze niż szwedzkie. Okazuje się, że po kilku latach trzeba je wymieniać. Szwedzkie byłyby droższe, ale są zdecydowanie trwalsze. Nie tylko tutaj nie zawsze opłaca się to co najtańsze. Na terenie samych turbin, generatorów jest straszny hałas. Mówiąc do siebie trzeba krzyczeć i to blisko ucha. W dyżurce kontrolnej urządzeń jest natomiast bardzo cicho i spokojnie. Pracownicy mają nawet puszczony telewizor i akurat oglądamy przez chwilę archiwalne zdjęcia z koronacji Elżbiety II sprzed 60 lat. Nasz przewodnik bardzo się stara by wytłumaczyć skomplikowany system przetwarzania prądu, byśmy mogli z niego skorzystać w domach na górze. Ale Wacek tłumaczy nam to po swojemu: „Chodzi o to, żeby surowy prąd wytwarzany w elektrowni, stał się użytkowym”. Największe wrażenie robi potężna oś turbiny (średnica może ok. 80 cm), która obraca się z prędkością 5 m na sekundę. Kiedy jesteśmy przy planszach pokazujących schemat działania elektrowni nasz przewodnik pomaga sobie moim jubileuszowym obrazkiem, który otrzymał wcześniej. Na obrazku jest reprodukcja „Powołania św. Mateusza” Carravagia. Pan Jezus na nim nie tylko wskazuje w tym przypadku na serce Mateusza, ale też „objaśnia” nam inżynierskie cudo jakim jest elektrownia ZESCO.

Ostatnio Zambia dostała olbrzymie pieniądze (3 mld dolarów)  na budowę drugiej elektrowni poniżej obecnej. Woda, który wypływa z ZESCO będzie więc jeszcze raz wykorzystana, choć ta druga będzie miała mniejszą moc (600 MW). Swoją drogą Zambijczycy kompletnie nie oszczędzają prądu. Na ulicach Lusaki i Namalundu  lampy świecą  nawet w ciągu słonecznego dnia. Wacek podaje nam swoją teorię po 21 latach pracy misyjnej. Nieco rasistowską brzmiącą, ale według niego prawdziwą: „W Afryce nie potrafią tylko  dwóch rzeczy: zgasić po sobie światła i zakręcić wody. Poza tym wszystko potrafią….zniszczyć”. Niegospodarność, rozrzutność jest na porządku dziennym. Kupują  komórkę o wiele nowocześniejszą niż ma misjonarz, a nie potrafią opłacić dziecku szkoły czy zadbać o jedzenie. Wśród pracowników elektrowni, których osiedle po południu zwiedziliśmy są już nawet samochody, anteny satelitarne, a brakuje pieniędzy żywność. Wacek ma u nich przydomek „Sata” od nazwiska urzędującego prezydenta (a jakże – jego wizerunek znajdziemy w głównej hali elektrowni), ponieważ jest tu małym dyktatorem obnażającym wady Zambijczyków. Na przykład uczy ich punktualności. To oni na niego czekają na out station , a nie on na nich. Krąg biblijny po południu miał się zacząć o 15.00 to Wacek skrócił sobie jakże tu potrzebną sjestę, aby się nie spóźnić. A przede wszystkim próbuje ich uczyć gospodarności, roztropności w planowaniu wydatków, żeby mieli właściwą hierarchię wartości. Zna znakomicie tutejszy język lokalny (wymawia się „cinandzia”), także choć słabo drugi język spotykany w tych stronach (citonga), nie wspominając oczywiście o angielskim, który jest językiem urzędowym. A przede wszystkim widać w nim na każdym kroku ogromną miłość do swoich wiernych i w ogóle Zambijczyków. Tak samo jak ich, tak i nas uczy dyscypliny i porządku („bardzo często myj ręce, a jak się z kim przywitasz nie dotykaj twarzy”, „nie pij żadnej wody poza sprawdzoną – destylowaną czy mineralną”, „nie myśl, że wytrzymasz tu cały dzień na chodzie bez sjesty” itp. hasła słyszymy każdego dnia). Jednocześnie jest człowiekiem pogodnym, pełnym humoru. Łatwo nawiązuje kontakty, z każdym zagada. Bije od niego prawdziwa troska duszpasterska o swoje owieczki. Dlatego mówi im prawdę, nawet bolesną, dla ich dobra.

Po południu jedziemy spotkać się ze wspólnotą podstawową. Całe Namalundu podzielone jest na 7 wspólnot, które spotykają się co tydzień na rozważaniu Słowa Bożego z nadchodzącej niedzieli. Wacek stara się być na każdym spotkaniu. Jeśli wspólnoty spotykają się o tym samym czasie to jego obecność jest oczywiście rzadsza. Jedziemy do osiedla zbudowanego przez państwo dla pracowników elektrowni (skąd my to znamy). Domy są solidne, murowane, tynkowane. Oczywiście w każdym jest prąd. A jeśli jest prąd to w mieszkaniu gdzie jest spotkanie widzę pralkę, kuchenkę elektryczną, wieżę hi-fi, telewizor (choć starszego typu) oczywiście z dekoderem, odtwarzacz dvd. Jednocześnie zamiast sufitu płyty azbestowe nad nami. Dość porządne fotele, parę innych mebli. Ale powierzchnia takiego mieszkania to maksimum 30, może czterdzieści metrów kw. Przy niektórych domostwach rzeczywiście stare samochody. Wszędzie pełno dzieci. Przy domostwach drzewa owocowe: bananowce, mango, papaje. Manga tu chyba nie zjemy, bo drzewa zaczynają dopiero kwitnąć.

Na samo spotkanie przychodzi kilkanaście kobiet. Mają Pisma św. w rękach. Kiedy mówię coś i nieustannie pytam Wacka, żeby mi tłumaczył różne sprawy, zadaję też pytanie: Kiedy się zacznie spotkanie? Pada odpowiedź: „Kiedy przestaniesz mówić. One czekają na ciszę”. Tak upomniany milknę. Na początku jest modlitwa prowadzona przez liderkę wspólnoty. Oprócz fragmentu spontanicznego domyślam się, że jest odmawiane Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. Całość poprzedzona jest śpiewem rozpoczynanym i prowadzonym przez kantorkę (prowadzi zwrotki). Po kilku wycisza śpiew. Śpiew nastraja do modlitwy i jest też samą modlitwą. Potem odczytany jest fragment Ewangelii (Mk 6, 13-17) o rozesłaniu przez Chrystusa swoich uczniów. Mają iść po dwóch, bez zabezpieczeń, zatroskani tylko o Ewangelię. Wacek włącza się w spotkanie tylko gdy jest pytany. Pytanie o jakie otrzymał na tym spotkaniu jest bardzo podobne do tego, które pada u nas w kontekście tej Ewangelii. Chodzi o Świadków Jehowy, którzy dosłownie realizują ten nakaz Chrystusa. Robią to – jak mówi im Wacek – w dobrej wierze, ale z błędną nauką, która nie jest nawet chrześcijańska w swej istocie. Modlitwa na zakończenie tak samo jak na początku. Po czym sprawdzenie obecności i kolekta na potrzeby danej wspólnoty. Po wyjściu zauważam jak skarbniczka daje część pieniędzy kobiecie z małym dzieckiem na ręku. Wspólne zdjęcie. Po drodze fotografuję dzieci. Bardzo to lubią. A wręcz salwami śmiechu kwitują swój widok na zdjęciu z aparatu cyfrowego.