– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

14 lipca 2012

Według wschodu słońca można w Zambii regulować zegarki. Zawsze o 6.30 robi się jasno. Trudno się do tego przyzwyczaić, zwłaszcza gdy chodzi o godziny wieczorne. Wczoraj np. szedłem ok. godz.20.00 z naszego domu, gdzie nocujemy na probostwo do Wacka (to ok. 150 m) i było całkowicie ciemno. Jest tu teraz nów księżyca.  Zapodziałem gdzieś wcześniej latarkę i próbowałem sobie poświecić telefonem komórkowym, ale po parunastu sekundach i on rozładował się, więc był mały problem. Zwłaszcza, że są tutaj węże. Niekiedy jest ich nawet – jak to określa Wacek – cała plaga. Często nie sposób rozróżnić jadowitego od niegroźnego. Na szczęście jeszcze nie spotkaliśmy węża, choć idąc uważnie patrzymy na ziemię. Węże chyba nie lubią – w przeciwieństwie do nas – obecnej pory „zimnej” (piszę w cudzysłowiu, bo to pojęcie znaczy dla nas coś zupełnie innego niż dla Zambijczyków).

Jeszcze małe dopowiedzenie do wczorajszego dnia. Wczoraj spieszyłem się z nadaniem relacji  ze względu na plan dnia Wacka, który udostępnia mi dostęp do bezprzewodowego internetu. Całe szczęście tuż obok parafii są potężne wieże nadawcze, więc nie ma problemu z przekazem danych. Nie można przesyłać zdjęć ze względu na małą przepustowość łącza, ale z tekstami nie ma problemu. Wczoraj nie zdążyłem napisać jeszcze o jednej wizycie w tutejszym „centrum handlowym” czyli sieci około dziesięciu sklepów i punktów usługowych zbudowanych kiedyś dość porządnie przez państwo na użytek pracowników elektrowni i mieszkańców osiedla. Wacek chciał tam pojechać, by przypomnieć się mężczyznom ze wspólnoty, którą odwiedziliśmy. Na spotkaniu były same kobiety. Wacek podejrzewał, że mężczyźni są w tutejszym pubie. W pubie znalazł tylko dwóch, ale przy okazji rozegrał partię bilarda (przegrał z Zambijczykiem po dość wyrównanym pojedynku) w ramach szeroko pojętej preewangelizacji. W pubie moją uwagę zwróciły trzy duże plastkowe beczki (u nas w takich kisi się kapustę lub ogórki). W nich oczywiście tutejsze piwo czy wódka. W czasie partii bilarda robiłem zdjęcia dzieciom wracającym ze szkoły ( była 16.30). Od razu zauważyłem, że wracają ze szkoły ponieważ były ubrane jednakowo i w jednolitym kolorze (brązowym). To naprawdę budujący widok na co dzień w Zambii i nie tylko (podobnie było w znanej mi Tanzanii). Widać po stroju dzieci i młodzież szkolną. Kiedy idą do szkoły i wracają z niej. Jest to bardzo eleganckie, po prostu ładne. Dziewczyny zawsze do szkoły w spódnicach. Często w białych podkolanówkach. W jednym mieście, przy jednej szkole widzimy dominujący kolor brązowy, przy innym niebieski czy zielony. Jeśli rano zimno (bywa tu rankiem 10-12 stopni) to dzieci mają sweterki. Możemy się uczyć od Zambijczyków. Szkoła „wyróżnia” ucznia, z zarazem zrównuje uczniów przecież pochodzących z rodzin biednych i bogatszych.   Dwóch chłopców podwieźliśmy naszym samochodem. Oni krótką podróż spędzili na pace.

Dzisiaj tj. w sobotę jedziemy do Mazabuki do sąsiedniej parafii. Ta „sąsiednia” na tutejsze warunki oznacza 112 km odległości czyli 1,5 godz. szybkiej jazdy. Wacek został zaproszony na srebrny jubileusz ślubów zakonnych s. Mariany Bbalo ze Zgromadzenia Sióstr Ducha Świętego. Nie wypadało mu odmówić, a my z chęcią przyjmujemy takie nietypowe zaproszenie i okazję doświadczenia życia tutejszego Kościoła podczas niecodziennych uroczystości. Po drodze po około 60 km mijamy granicę parafii Namalundu. Droga jest asfaltowa, prosta choć czasem z niebezpiecznymi dziurami. Mijamy typowy afrykański busz. Spalona od słońca trawa, niezbyt gęste, niskie drzewa. Nieliczne budynki, chatki, parterowe tylko. Najczęściej  murowane, ale też kryte strzechą wokół których rozpoznaję specjalnie hodowane bananowce, mangowce. Tylko te drzewa są zielone.  Większość drzew w buszu jest całkowicie lub prawie całkowicie suchych np. rzadkie baobaby. Wyjeżdżając z Namalundu mijamy kilka razy linie przesyłowe prądu wysokiego napięcia z potężnymi masztami. To ze znanej nam elektrowni ZESCO. Oczywiście tam gdzie są lampy uliczne cały czas świecą. Po drodze mijamy stanowiska handlowe z węglem drzewnym zapakowanym w charakterystyczne „snopy”. Wacek tłumaczy mi, że drzewo zanurza się całkowicie w glinie, a potem  opala się ją, tak by powietrze nie dostało się do węgla i w ten sposób powstaje węgiel drzewny. Po drodze mijamy też widoczne pożary buszu, a także długie odcinki spalonej trawy. Tak jak u nas, wbrew zakazom, podpala się trawę. Dymy ciągną się czasem całymi kilometrami. Jedyna różnica z naszą polska sytuacją – tutaj drzewa na szczęście  nie zapalają się od trawy i mogą ocaleć po takim pożarze.

Przerwę robimy w miejscu gdzie można napić się kawy i jest ubikacja. Okazuje się, że tuż obok rozciągają się olbrzymie pola zboża, najprawdopodobniej jakiejś odmiany pszenżyta. Wokół wszystko niemal spalone od słońca, a na polu  pięknie zielono. Jest to znane nam już okrągłe pole z chyba kilkuset metrowym systemem nawadniającym, który na kołach (koleiny są widoczne w zbożu) porusza się po całym areale dookoła swej osi. Zboże jest jeszcze zielone, z kłosami, które za kilka tygodni będą już gotowe do żniw. Zbiory zbóż mogą tutaj być dwa razy w roku – raz w porze deszczowej, drugi raz na końcu suchej dzięki nawadnianiu. Koszty doprowadzania wody i prądu elektrycznego, który przesuwa cały system widocznie wynagradzane są obfitością zbiorów.

Eucharystia w Mazabuce w parafii Matki Bożej Wniebowziętej zaplanowana jest o 10.00. Jesteśmy punktualnie i – o dziwo – punktualnie rozpoczyna się Msza jubileuszowa. Koncelebruje aż 25 księży ( na mniej więcej 100, którzy pracują w diecezji Monze) w tym tylko 4 białych – Irlandczyk i nas trzech. Biali misjonarze należą tu do zdecydowanej mniejszości. Właściwie mogliby już od biedy wyjechać. Jednak Zambijczycy chcą niektórych zatrzymać ze względu na duże doświadczenie duszpasterskie. Biskupem diecezji gdzie pracują ks. Wacek i ks. Grzegorz jest Włoch – Emilio Patriarca, poprzednio misjonarz fideidonista pracujący tutaj 12 lat. Kościół włoski każe swym księżom diecezjalnym wracać do kraju właśnie po 12 latach. Bp Emilio jest tu dłużej  dlatego, że został biskupem.

Procesję wejścia do dużego kościoła (jest w nim może 400 osób) prowadzą dostojnie ministranci z krzyżem bez ewangeliarza. Uczestniczymy nie tylko my księża, ale także kilka grup różnych chorów, jakieś schole śpiewające, tańczące cały czas. Naiwnie myślę, że Msza rozpocznie się po długim śpiewie znakiem krzyża i pozdrowieniem. Nic z tych rzeczy. Znak krzyża czynimy dopiero po 25 minutach. Wcześniej jest przywitanie wszystkich przez jedną z sióstr, a potem długa procesja wprowadzenia Jubilatki. Idzie powoli, prowadzona  w rytmie śpiewu całkowicie owinięta kolorową chustą. Dopiero przed ołtarzem jest „uwolniona” ze swego nietypowego nakrycia i możemy ją wreszcie zobaczyć. Wszystko z mocnym śpiewem, okrzykami radości, które przypominają mi okrzyki Indian z filmów czy naszych podwórek (donośny krzyk modulowany dłonią nakładaną na usta). Zresztą słychać go będzie wielokrotnie w ciągu Mszy. Po znaku krzyża akt pokutny (wierni przeżywają go na klęcząco), a potem Kyrie i Gloria zlane w jeden długi, głośny śpiew. Śpiewowi akompaniują dwie elektryczne gitary i kilka tutejszych bębnów. Przed liturgią słowa znów uroczysta procesja z krzyżem, kadzidłem (dwa naczynia niesione przez chórzystki) i samą księgą Pisma Św., która wręczana jest kapłanowi. Liturgia słowa jest (jak większość części stałych Mszy) po angielsku. Pierwsze czytanie z księgi proroka Jeremiasza, gdzie jest fragment wybrany przez siostrę Marianę specjalnie na jubileusz. Po angielsku brzmi: „I know the plans I have for you” (Jr 29,11). Psalm responsoryjny ( rozpoznaję słowa „Pan jest moim pasterzem”) jest śpiewany po angielsku na “europejską”,  spokojną  melodię, łatwo wpadającą w ucho.   Ewangelia z 15 rozdziału Jana o miłości wzajemnej  i wybraniu uczniów przez Chrystusa. Kazanie długie ok. 25 minut. Nieco przysypiam nie rozumiejąc treści. Ożywiam się, gdy kaznodzieja wchodzi w dialog z wiernymi, wzbudza śmiech, czasem oklaski potwierdzenia. Po homilii jest obrzęd odnowienia ślubów. Padamy na kolana słuchając śpiewu litanii do wszystkich świętych, ale na szczęście – jak tłumaczy mi Wacek – pięciu świętych jest podsumowywanych jednym „módl się za nami” więc nie trwa to zbyt długo. Siostra głośno wypowiada formułę po angielsku i podpisuje ją na ołtarzu. Modlitwa wiernych prowadzona przez jednego z koncelebransów jest spontaniczna, ale tylko kilka wezwań.  Potem jest krótka procesja najpierw w formie kolekty do drewnianej skarbonki, a potem oprócz skarbonki do ołtarza przyniesiony jest chleb i wino. Cała modlitwa eucharystyczna (poza aklamacją po przeistoczeniu) jest recytowana, a wierni cały czas klęczą. Komunia św. pod jedną postacią. Po niej siostra Mariana daje swoje świadectwo powołania. Zwraca uwagę, że kiedy składała śluby diecezja Monze obchodziła 25-lecie powstania. Dziś ona obchodzi srebrny jubileusz, a diecezja złoty. Potem jako dziękczynienie wyśpiewywany i pięknie tańczony jest Magnificat. Śpiewają go i tańczą młode siostry, chyba nowicjuszki. Zresztą sióstr jest na tej Eucharystii dość sporo. Zwracam uwagę na starsze siwe panie z wyglądu Irlandki czy Amerykanki. Pytam się Wacka czy to są siostry bezhabitowe. Wacek zaprzecza. Mają habity, ale demonstracyjne ich nie noszą. Dla Wacka jest oczywiste – dlatego nie mają powołań. Wszystkie są w bardzo zaawansowanym wieku. Tam gdzie są habity  jako widoczny zewnętrzny znak powołania zakonnego  tam – przynajmniej w Zambii –  nie brak powołań. Przykładem tak licznie obecne na Eucharystii Zgromadzenie Sióstr Ducha Świętego, gdzie aż roi się od nowicjuszek i postulantek.

Na końcu Mszy oczywiście życzenia, gratulacje, uściski, podchodzenie do siostry Mariany tanecznym krokiem, by złożyć krótkie życzenia. Całość trwa 2 godz. 45 min.

Potem idziemy na agapę. Wacek co chwilę spotyka znajomych, przyjaciół, zamienia z każdym parę słów. Widać, że jest  znaną postacią w lokalnym Kościele. Na dużej sali konferencyjnej wreszcie podchodzimy do Jubilatki. Wacek składa życzenia i wręczamy jako prezent trochę naszych polskich darów: kabanoski i parę gorzkich czekolad. Potem cierpliwie czekamy w kolejce na podejście do szeregu naczyń z ciepłym jedzeniem. Można się częstować papką z mąki kukurydzianej (tutejsza „szima”), ziemniakami, ryżem, kawałkami kurczaka, gulaszem z wołowiny, sałatkami, marchewką i fasolką tudzież innymi potrawami, a na końcu tradycyjnie w Afryce Cola, Sprite czy Fanta do wyboru.   W sali mieści się chyba ok. 150 gości. Reszta jest w pobliskich pomieszczeniach lub na dworze. Na tort nie zdążyliśmy się załapać, ale zauważyliśmy przyniesienie noża ozdobionego wstążkami do pokrojenia go, w formie „procesji” niemal tak uroczystej jak w czasie Eucharystii.

Wyjeżdżając z gościnnej Mazabuki wstępujemy do supermarketu. Wyposażenie bardzo podobne do naszego. Zauważam tylko większe opakowania podstawowych produktów (ryżu, mąki, cukru itp.) nawet w 25 kilogramowych workach. Kupujemy wodę, chleb i soję, która mi tu zasmakowała. Zamiast bramek kontrolnych strażnik, któremu pokazujemy rachunek. Na pobliskim boisku piłkarskim mecz chłopców. Podobnie gdy dojeżdżamy do Namalundu. Przypominamy sobie, że jesteśmy w kraju aktualnego mistrza Afryki w piłce nożnej. W lutym Zambijczycy pokonali w finale faworyzowane Wybrzeże Kości Słoniowej 1:0 i było prawdziwe święto w Zambii. Wacek nie wierząc w sukces obiecał swoim ministrantom, ze ich zabierze na przywitanie piłkarzy do Lusaki na lotnisko. Nie zrealizował swojej obietnicy tylko z tego powodu, że kilkakrotnie przekładano godzinę przylotu piłkarzy. Najpierw mieli przylecieć z Gabonu, gdzie odbywały się mistrzostwa o 10.00, potem o 12.00, potem o 14.oo, a wreszcie o 17.00 (sytuacja niestety typowa dla Afryki). Wyjazd na tę godzinę był już niemożliwy ze względu na ciemności ok. 18.00. Nocami zwykle się nie tu podróżuje.

Spieszymy się nieco by wstąpić do jednej z out station parafii Wacka, gdzie dwudniowe spotkanie z noclegiem w kaplicy zaplanowali sobie chórzyści z kilku stacji. Chcą przygotować się muzycznie do żniwnego, które będzie tutaj za dwa tygodnie. Nocowali w kaplicy, bo nie było innego miejsca. Potem odwozimy jedną z chórzystek z małym dzieckiem na ręku chyba z 10 km. Nie opłaca się przychodzić z tak daleka na kilka godzin, aby zaraz wracać i  zdążyć przed zmrokiem. Chórzyści witają nas bardzo serdecznie. Obdarowujemy ich naszymi obrazkami jubileuszowymi. Wacek tłumaczy moje wyjaśnienia obrazu Carravagia „Powołanie św. Mateusza”. On sam wyjaśnia kim był  św. Benedykt na jego obrazku i opisuje krótko  kościół Zigi z Katowic Janowa pod wezwaniem św. Anny (przedstawiony wraz z patronką na jego obrazku). Chórzyści odwdzięczają się nam  pięknym śpiewem. Kilkoro dzieci otrzymuje cukierki i wsiadamy do naszego samochodu. Ja na zamkniętą pakę wyposażoną dzisiaj w wygodny materac i jasiek do oparcia się, a Ziga do szoferki. I tak na zmianę. To nasz stały sposób podróżowania po Zambii.