– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

17 lipca 2012

Rano rozpoczynamy dzień od  śniadania o 7.30. O 8.15 rozpoczyna się wspólna modlitwa kapłanów. Nie jest to jutrznia, ale piętnastominutowa modlitwa uwielbienia, prośby i modlitwa jubileuszowa diecezji Monze z okazji pięćdziesięciolecia istnienia. Przeplatana fragmentami Pisma Św. i pięknymi śpiewami. Wacek zaznacza, że gdyby on był poproszony o prowadzenie tej modlitwy to zaproponowałby oczywiście brewiarz. Ale chwali tę modlitwę prowadzoną w ciszy, skupieniu, pobożnie. Potem jest wprowadzenie w plan dnia.

W międzyczasie dojeżdża kilkunastu kapłanów. Jest nas w sumie ok. 70 czyli frekwencja  70% ilości kapłanów w diecezji (dla porównania w archidiecezji katowickiej jest ok. 1100 kapłanów). Przy takiej liczbie biskup Emilio może znać swoich kapłanów osobiście i to bardzo dobrze. Odwiedza ich nie tylko przy wizytacjach. Bp Emilio ma już siedemdziesiąt pięć lat i w tym roku najprawdopodobniej będzie mianowany jego następca. Poprzednik biskupa był Zambijczykiem i zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Ciekawe, że była przynajmniej jakiś czas  tendencja Stolicy Apostolskiej, by na nowo mianować biskupami białych misjonarzy. Nie wszyscy Zambijczycy sprawdzali się na tym stanowisku. Istnieje duży problem mentalności Zambijczyków zupełnie odmiennej od naszej europejskiej. Przykładem jest postawa biskupa Emilio wobec Wacka. Wacek jest tu weteranem i ma duży autorytet. Na spotkaniu księży diecezji jest np. dyskusja na temat powoływania i funkcjonowania rad ekonomicznych parafii. Pada wiele słów, pięknych zamierzeń. Wacek pyta dyskutujących czy istnieją w waszych parafiach takie rady. Nie – pada odpowiedź. Bo u mnie jest już od trzech lat i bardzo dobrze się sprawdza. I tak ich punktuje swoim realistycznym, wymagającym spojrzeniem na różne sprawy. Inna dyskusja na temat kosztów utrzymania samochodów na parafiach. Diecezja pokrywa kapłanom rachunki za paliwo, ubezpieczenie, serwis itd. Jest w czasie rozmowy apel o oszczędności, ograniczenie wydatków itd. Wacek zaznacza, że sam kupił samochód, nie bierze pieniędzy z kasy kurii i żadna zewnętrzna stacja nie jest pozbawiona posługi duszpasterskiej z powodu oszczędności. Zambijczycy czasem nie odwiedzają out station z powodu oszczędności. Nie mają też wyrobionego poczucia odpowiedzialności i sumienności w wypełnianiu swoich obowiązków. Wacek pół żartem pół serio mówi, że w Namalundu są zawsze rok do przodu w porównaniu z całą diecezją. Ostatnio biskup Emilio prosił go, żeby tak jednoznacznie nie obnażał prawdy o Zambijczykach, aby ich nie obrażać.  Pytanie czy to jest obraza czy rzeczywista troska o postęp, rozwój?

Tak jak wobec biskupa i księży diecezji Wacek jest bezkompromisowy wobec swoich parafian. Uważa, że tylko tak może ich czegoś nauczyć, do czegoś zmobilizować. Jeśli zapomną posprzątać kościoła i przyjdą wieczorem w sobotę z przeprosinami to nie ma zmiłuj się. Mają całą noc na przygotowanie świątyni do Eucharystii. Zdecydowanie  stawia na ich samodzielność. Kolektę sami zbierają i przeznaczają na potrzeby parafii. Wacek pokazuje im tylko rachunki, wydatki, koszt funkcjonowania uświadamiając im wydatki. Oni sami podejmują decyzje na co wydawać pieniądze, ale sami też ponoszą odpowiedzialność za realizację danego projektu. W parafii w Namalundu jest oprócz wspólnot podstawowych obejmujących całą parafię (poszczególne stacje zewnętrzne same w sobie stanowią takie wspólnoty – czasem jest ich tam nawet dwie): Katolicka Liga Kobiet, Legion Maryi. Grupa Nazaretańska, chór (a właściwie dwa – anglojęzyczny i języka lokalnego), dzieci Maryi, ministranci,  Dzieci św. Marii Goretti, Odnowa w Duchu Św., grupa młodzieżowa i oczywiście ministranci. I to w parafii liczącej ok. 1000 katolików. Widać w Zambijczykach ogromne zapotrzebowanie na tworzenie i przede wszystkim aktywne działanie w małych grupach.

Powróćmy do spotkania w ośrodku Kizito. Nazwa pochodzi od jednego z męczenników z Ugandy  z 1886 roku, kanonizowanych w 1964 przez papieża Pawła VI w czasie jego pielgrzymki do tego kraju (Kizito był najmłodszym z 21 męczenników – miał 13 lat). Po modlitwie następuje przedstawienie się poszczególnych kapłanów z imienia i nazwiska oraz wymienienie parafii w której dany kapłan pracuje. W diecezji Monze oprócz kapłanów diecezjalnych, są fideidoniści, zakonnicy ze Zgromadzenia Ducha  Św. i jeszcze kilku zgromadzeń. Potem następuje podział na grupy dyskusyjne, które mają pracować przez godzinę. Kapłani są podzieleni wg przynależności zakonnej czy diecezjalnej (Wacek jest w grupie z innymi fideidonistami). Nasz wczorajszy gość ks. Kazik nazywa fideidonistów „prywaciarzami”. O ile zakonnicy mają duże wsparcie swoich wspólnot zakonnych, fideidoniści nie zawsze spotykają się z podobnym poparciem swoich diecezji. Muszą często liczyć na siebie i swoją inwencję np. w zdobywaniu funduszy bez których działalność misyjna nie jest możliwa.

Ziga zostaje potem na spotkaniu plenarnym w czasie którego omawiane są wnioski ze spotkań w grupach. Pytania były bardzo proste: Jak się dzisiaj czujesz? Jakie problemy przeżywasz? Co chciałbyś zmienić w swojej posłudze? Jakie są twoje marzenia? Wacek podkreśla, że gdyby nie wzruszający, osobisty list biskupa to nie przybyłby na to spotkanie. Nie wnoszą one do jego życia duszpasterskiego czy osobistego zbyt wiele. O wiele więcej dają mu rekolekcje w milczeniu, na medytacji Bożego Słowa i konfrontowaniu go z jego życiem.

Zakończeniem spotkania jest Eucharystia pod przewodnictwem biskupa Emilio i w koncelebrze wszystkich kapłanów obecnych na spotkaniu. Eucharystia piękna, dobrze przygotowana ze spokojnymi śpiewami, długą homilią biskupa, w której rozumiem słowa o jedności Kościoła w jego różnorodności, a także o wzorze Jana Chrzciciela, który mówił, że Chrystus ma wzrastać, a on się umniejszać.

Po obiedzie zaraz wyruszamy do Livingstone – miasta na południu Zambii nad rzeką Zambezi z fantastycznymi wodospadami Victoria Falls. To ich miejscowość turystyczna, swego rodzaju Zakopane. Jedziemy na południe. Wacek zwraca nam uwagę, że u nas w Europie jak człowiek jedzie na południe to jest coraz cieplej. Tutaj na półkuli południowej jest dokładnie odwrotnie. Cały czas towarzyszą nam linie energetyczne średniego napięcia. Wacek przypomina sobie, że tutejsi „złomiarze” potrafią nawet słup wysokiego napięcia zdemontować. Rozkręcają przęsła u dołu, słup się wali i oczywiście zrywa potężne druty. Zanim znajdą przyczynę awarii i  dojadą odpowiednie służby po słupie wysokiego napięcia nie ma ani śladu. Podobnie spuszczany jest olej z transformatorów i sprzedawany na targach jako jadalny. Coś nieprawdopodobnego! Ale to jest  Afryka z niesamowitymi kontrastami!

Po drodze robię fotki zachodzącego słońca. Droga z Kizito do Livingstone to prawie 300 km. Potrzebujemy na nią 4 godziny szybkiej jazdy. Droga jest bardzo dobra. Ziga pamięta ją sprzed 5 lat, gdy był w Zambii u Wacka z kolegami z naszego rocznika jak była jeszcze w remoncie. Dzisiaj możemy zazdrościć Zambijczykom tak doskonałej drogi. Jest tylko dwujezdniowa, ale  z doskonale położonym asfaltem, dużymi poboczami. Przy tutejszym dość małym ruchu samochodowym można na niej pędzić bezpieczniej niż na naszych autostradach.

Po 18.00 dojeżdżamy do gościnnego domu sióstr Zgromadzenia Krzyża Świętego, gdzie będziemy nocować przez najbliższe 4 dni. Wieczorem robimy jeszcze zakupy w supermarkecie. Gdyby nie przewijający się wokół Afrykanie o bardzo czarnej skórze myślałbym, że jestem w naszym Tesco czy Carrefourze. Nareszcie znajdujemy inny chleb niż tostowy, bardziej przypominający nasz. Pewien Polak zrobił kiedyś furorę w Zambii. Otworzył piekarnię z polskim pieczywem. Nie tylko Polacy, ale i Irlandczycy, Anglicy, Zambijczycy rozbijali się o nie. Po roku Polscy robotnicy wyjechali, wcześniej wdrażając w tajniki piekarnictwa Zambijczyków. Po pół roku nikt już nie chciał kupować tego pieczywa. Samo życie!