MISJA AFRYKA – 9

– czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

15 stycznia 2011 (sobota)

ŚLUB I WESELE

Rano wybieramy się na ślub. Będę tylko koncelebrował, bo pobłogosławienie małżeństwa wymaga nie tylko umiejętności czytania w suahili. Ślub pobłogosławi ks. Robert Hindus z sąsiedniej misji. Suahili jest językiem urzędowym w Tanzanii na pierwszym miejscu (na drugim jest angielski). W sąsiedniej Kenii już tylko na drugim (w podstawówkach uczą się  tam angielskiego, suahili dopiero w średniej szkole). Suahili jest też znany w Ugandzie i częściowo w Zambii. Turyści wolą Kenię, bo tam łatwiej dogadać się po angielsku. Po przyjeździe okazuje się, że ks. Robert jest zaledwie 4 miesiące księdzem w Zgromadzeniu św. Franciszka Salezego, a college w Mgoromgoro, w którym się uczył prowadzą w dużej części salwatorianie z Polski.

Naszym kierowcą tam i z powrotem jest Renia. Znakomicie opanowała już egzotyczną dla niej jazdę jeepem po niemniej egzotycznych dla niej drogach (czytaj: wertepach, ścieżkach, kałużach, wysepkach itp.). My we trzech z Jolą jedziemy w kabinie, katechiści na czele z głównym Matiasem na pace. Po drodze zabieramy jeszcze dwie osoby. Po przyjeździe okazuje się, że ślub będzie na zewnątrz przy szkole. Ławki powynoszone z sal są wykorzystane do siedzenia. „Prezbiterium” jest „zadaszone” dość zniszczonymi brezentami rozwieszonymi na wysokich palach. Trwa już ćwiczenie śpiewów. Chór składa się z trzech grup – małe dziewczynki, nastolatki i dorosłe osoby. Większość jest ubrana w jednakowe dla poszczególnych grup stroje. W najstarszej grupie jest też silna grupa mężczyzn. Wszystkie śpiewy  niestety z towarzyszeniem prostego keyboardu (zasilany dwoma akumulatorami), a nie afrykańskich bębnów. W czasie prostych śpiewów chór kiwa się rytmicznie na wszystkie strony, chórzyści obracają się wokół własnej osi, wykonując różne gesty rękami. Czekając na ks. Roberta spowiadam kilka osób. Wreszcie przyjeżdżają państwo młodzi Charles i Lucia bardzo dobrym samochodem (on w eleganckim garniturze, ona w sukni „europejskiej”). Ks. Janusz nie zdołał zachęcić swoich parafian do ubierania się w tradycyjne stroje afrykańskie z okazji ślubów. Po wyjściu z samochodu nowożeńcy spowiadają się klękając na ziemi przed ks. Robertem. Potem formuje się procesja wejścia, którą prowadzą wszyscy chórzyści ładnie, dwójkami, bardzo powoli w rytm śpiewów udając się do ołtarza. Na końcu idą kapłani. Śpiew Kyrie i Gloria oczywiście w suahili jest bardzo dynamiczny z podziałem na chóry i momentami także na głosy. W ogóle całość liturgii przygotowują katechiści. Rozdzielają różne funkcje i dbają o porządek. Po bardzo ekspresyjnym kazaniu częściowo dialogowanym ks. Robert udziela najpierw sakramentu bierzmowania Charlesowi, a potem już ślub. Nowożeńcy nie wypowiadają słów przysięgi tylko potwierdzają pytania kapłana. Potem jest nałożenie obrączek. Przy ich poświęceniu ks. Robert zauważa brak kropidła do poświęconej wody, więc prosi jednego z katechistów o zerwanie liścia z dużego drzewa (jakaś odmiana akacji lub albizji) pod którym odbywa się nabożeństwo. Ciekawym obrzędem jest nałożenie sobie przez nowożeńców kolorowych wieńców, które do tej pory kojarzyłem z Indiami. Podchodzimy do narzeczonych i składamy w tym momencie gratulacje i życzenia. Potem następuje procesja z darami na rzecz parafii i księdza. Małe dziecko stoi przed ołtarzem z koszyczkiem, a wierni w rytm oczywiście śpiewów podchodzą i składają swoje skromne ofiary: drobne pieniądze, kiść bananów do gotowania i jedzenia wraz z mięsem na wzór naszych ziemniaków, butelkę Pepsi-Coli oraz miskę ryżu. Druga procesja z darami ma miejsce po Komunii św. i jest przeznaczona na potrzeby tutejszej stacji misyjnej. Wygląda podobnie.

W pewnym momencie dziecko chórzystki woła o jedzonko. Mama bierze je za jedną  rękę, podnosi do siebie (to częsty tu podnoszenia małych dzieci) i karmi piersią nie przerywając śpiewu. Podobne obrazki widzę wśród innych mam w czasie liturgii. Eucharystia staje się źródłem życia w pełnym sensie.

Przed przygotowaniem darów ofiarnych katechiści dokładnie liczą ilość osób przystępujących do Komunii św. Tuż przed Komunią św. ks. Robert prosi katechistę, by przypomniał, żeby nieochrzczeni nie przystępowali do Komunii św. Wielu bowiem uczestników ceremonii to poganie. Komunia św. udzielana jest pod dwiema postaciami przez zanurzenie. Przed błogosławieństwem ok. pół godziny trwają przedstawienia gości m.in. nas trojga oraz katechistów. Każdy z nich wychodzi na środek i krótko się przedstawia. Jest ich chyba 7-8. Zwykle na outstation jest jeden lub dwóch. Pozostali to goście z innych stacji. Przemawiają także i składają życzenia rodzice państwa młodych. Po każdym przedstawieniu jest aplauz i przygrywka organów. Wreszcie po błogosławieństwie nowożeńcy prowadzeni przez chór część drogi do domu uczty weselnej pokonują procesyjnie tanecznym rytmem. My jedziemy jeepem, którego paka zapełniła się nagle kilkunastoma starszymi kobietami, dziećmi. Renia ma pewne kłopoty ze stabilnością jeepa przy tak dużym „bagażu”. Całość liturgii sakramentu małżeństwa wraz Eucharystia trwała 2 godziny.

Oczywiście musimy spożyć ucztę weselną. Siadamy wraz z ks. Robertem i niektórymi katechistami w ciasnej izbie dokładnie takiego samego domku jak dzień wcześniej u znajomych Joli. Na obiad serwują ciemny ryż i aż trzy rodzaje mięsa (wszak to ślub): kurczak tak samo gotowany jak poprzedniego dnia, wołowina z kawałkami wątroby oraz nieznany mi gulasz (nie mogłem niestety pogryźć kawałka, który wziąłem na spróbowanie). Pozostałe porcje mięsa są bardzo dobre. Do picia jak zwykle Fanta lub Cola. Gdy już chcemy wychodzić okazuje się przed domem weselnym trwa obrzęd składania prezentów.  Grupki weselników znów w rytmie muzyki puszczanej z głośników (wodzirejem jest tutejszy katechista) podchodzą powoli do państwa młodych i składają prezenty: pieniądze, jakieś garnki, miski, czasem opakowane pudełka. Na weselu jest cała wioska – jakieś paręset osób, w tym bardzo dużo dzieci. Opuszczamy to radosne zgromadzenie. Zabawa będzie trwała całą noc.

MISJA AFRYKA – 8

– czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

14 stycznia 2011 (piątek)

Rano zwiedzamy teren misji Bugisi. Idziemy do kościoła, gdzie jest Najświętszy Sakrament. Budynek bardzo prosty, dach dwuspadowy kryty blachą falistą. Ławki są drewniane z bardzo prostymi klęcznikami. To rzadkość w tutejszych warunkach. Drzewo jest bardzo drogie. Na ścianach kościoła proste obrazy Drogi Krzyżowej i powyżej zdjęcia – plakaty z przedstawieniami Tanzanijczyków. Później po południu wstępuje do tego kościoła na koronkę do Miłosierdzia Bożego. Tuż przed wejściem starszy mężczyzna (jak się okazuje później lider grupy Miłosierdzia Bożego) pyta mnie po angielsku: Która godzina? Kiedy potwierdzam, że trzecia chwyta za sznur małego dzwonu i wzywa do modlitwy. W kościele koronkę odmawiają razem z nim jeszcze trzy kobiety. Myślę, że w Chorzowie nie będzie ich więcej. Jola zwraca mi uwagę, że Tanzania, gdy chodzi o czas jest w tej samej strefie co Ziemia Święta. Ich trzecia godzina po południu zgadza się z tą w Jerozolimie. U nas jest wtedy pierwsza. Drugi kościół – jak mówią tutaj – zewnętrzny to właściwie sam dach bez ścian. Jest zdecydowanie większy także przez to, że można stanąć na zewnątrz i tak samo uczestniczyć w nabożeństwie. Ławki są takie same jak wczoraj w ubogiej kapliczce w stacji misyjnej, a więc w kształcie murków, tyle że tutaj są betonowe.  Na większe uroczystości celebracje są odprawiane właśnie w nim. Jola mówi, że wtedy jest przynajmniej jakiś przewiew, czego nie ma w głównym kościele.

Jola oprowadza nas na misji. Pokazuje nam ich dom katechetyczny, gdzie akurat trwa nauka gry na elektrycznych organach. Ks. Janusz do niedawna tutejszy proboszcz podkreślał, by wykorzystywać tutejsze tradycje w liturgii, a więc bębny. Dla Tanzanijczyków jednak organy też są tutaj wyrazem postępu. Obok mieszkanie Matiasa głównego katechisty, którego poznaliśmy wczoraj. Budynki misji uzupełniają stary i nowy dom misjonarek Joli i Ewy. Stary służy gościom misji.

Osobnym kompleksem budynków jest szpital prowadzony przez siostry zakonne z Irlandii. Całość stanowią: przychodnia, apteka, laboratorium, oddziały osobno dla mężczyzn, kobiet i dla dzieci, oddział położniczy, sala operacyjna na operacje katarakty (nie ma innych możliwości, bo nie mają lekarza chirurga). Jest też specjalny oddział dla ochotników, którzy chcą przyjść i przebadać się na obecność wirusa HIV. Jest też klinika dla chorych na AIDS, którzy przychodzą tutaj dwa razy w tygodniu, by odebrać dawkę bezpłatnych leków na cały miesiąc. Właśnie jest piątek i spotykamy taką grupę, która akurat przeprowadza gimnastykę poprawiającą ogólną sprawność  organizmu. Przy okazji wysłuchują też pogadanek podnoszących ich wiedzę na  temat choroby. Niesamowitą siostrą pielęgniarką jest Kate. Do wszystkich życzliwa, uśmiechnięta, bez przerwy zagadująca spotykanych ludzi. Jest duszą tego szpitala. Zastępuje tutaj lekarza, którego brak jest największą bolączką. Pomagają jej także 3 osoby wykształcone z Tanzanii. Cały personel liczy 17 osób.  Tanzanijczyk Innocent laborant z dumą pokazuje nam w laboratorium zarazki malarii i innych chorób rozpowszechnionych wśród ludności. Lekarz byłby bardzo potrzebny. Mógłby zacząć pracę od zaraz. Wystarczyłaby znajomość angielskiego. Opłacałoby się nawet zatrudnić tłumacza na suahili, który stale chodziłby z nim po szpitalu czy jeździł po wioskach. Wspomniane wyżej oddziały (parterowe domki) są teraz prawie puste. Jest praca na polu i chorzy muszą być w domach pilnując dobytku. Wielką pomocą w prowadzeniu szpitala są także wolontariusze. Jest ich teraz 3: Polka Ewa i dwóch Irlandczyków o imieniu Michael. Pracują w administracji i w projekcie dla chorych na AIDS. Szpital prowadzony przez siostry można analogicznie porównać do naszych prywatnych klinik. Publiczna służba zdrowia jest tutaj na bardzo niskim poziomie. Szpital jest odpłatny. Dzień pobytu w szpitalu kosztuje ok. 80 centów. Jeśli kogoś nie stać na leczenie pomaga misja lub zapobiegliwość siostry Kate, która ma sporą pulę pieniędzy na ten cel od darczyńców z Irlandii.

Po południu mamy zaplanowane wizyty w pobliskich wioskach. Jola chce nam pokazać gdzie i jak mieszkają jej uczniowie. Chcemy wyjść o 15.30, ale okazuje się to niemożliwe ze względu na intensywny deszcz, właściwie trzeba by powiedzieć oberwanie chmury. Mieszkańcy misji mówią, że tak dobrego tygodnia, gdy chodzi o deszcz w okolicach Bugisi, dawno nie było. Dopiero ok. 17.00 wychodzimy prowadzeni przez Johna i Patricię. John ma 19 lat. Uczy się w szkole Don Bosco. Jest bardzo dobrym, skromnym uczniem. Marzy, by po zdaniu matury wstąpić do SMA i zostać kapłanem. Patricia ma 15 lat i ukończyła tzw. preform – rok propedeutyczny przygotowujący do wstąpienia do szkoły Don Bosco. Jest bardzo potrzebny, gdyż po szkole podstawowej dzieci znają tylko suahili i to jeszcze na bardzo różnym poziomie. W czasie tego roku przygotowawczego uczą się przede wszystkim angielskiego, który jest językiem wykładowym w szkole średniej. W szkole Don Bosco niektórzy nauczyciele w ogóle nie znają suahili np. wspomniany już Słowak Stan i siostry Notre Dame. Na 150 uczniów preformu  Patricia zajęła bardzo wysokie 10 miejsce. Tylko 100 najlepszych uczniów ma szanse dalszej nauki.

Idziemy podmokłymi ścieżkami, dróżkami między polami ryżowymi, kukurydzą (która w okolicach Bugisi jest bardzo karłowata, niska w porównaniu z Mwanzą). Gdzieniegdzie są też poletka słodkich ziemniaków, kasawy (odmiana manioku), czasem słonecznika. John twierdzi, że jest blisko do domów,  które chcemy odwiedzić. Tyle, że jego pojęcie bliskości różni się od naszego. Pokonujemy dystans ok. 4 km. Wreszcie docieramy do domu Elizy gorliwej parafianki Bugisi. Ma męża poganina, ale sama jest bardzo zaangażowana w życie wspólnoty parafialnej. Eliza jest liderem małej wspólnoty chrześcijańskiej, która jak wszyscy katolicy w parafii, spotyka się co tydzień na rozważaniu Słowa Bożego z nadchodzącej niedzieli. Owe jumuiye (czyt. dżumuie) małe wspólnoty zostały zapoczątkowane w Ameryce Południowej. Gromadzą najbliższe sobie rodziny w danej okolicy. W Bugisi spotykają się o stałej porze w każdą środę o 17.00. Jest wręcz niemożliwe, by ktoś uważający się za katolika nie należał do małej wspólnoty. One same wybierają swoich liderów. Spotkania nie ograniczają się do modlitwy. Połączone są z dzieleniem się życiem. Związana jest też z nimi pomoc materialna w sytuacji czyjejś szczególnej biedy, głodu czy choroby. Członkowie pomagają, bo wiedzą, że w każdej chwili sami też mogą potrzebować pomocy. Szczególną uwagę na tych spotkaniach zwraca się na obecność katechumenów przygotowujących się do chrztu. Zaniedbywanie przez nich spotkań małej wspólnoty może skutkować odsunięciem chrztu świętego na dalszy czas. Przedmiotem rozważań na spotkaniach wspólnot podstawowych jest zawsze Ewangelia z nadchodzącej niedzieli. Wierni przychodzą na niedzielną Eucharystię lub nabożeństwo Słowa Bożego prowadzone przez katechistę nie tylko ze znajomością Ewangelii, ale też z wstępnym rozważaniem i odniesieniem Ewangelii do swego życia.

Jola jest matką chrzestną Katariny (patrz zdjęcie Joli na okładce ostatnich Wiadomości Parafialnych ze stycznia).  Eliza nie wyobraża sobie byśmy nie przyjęli jej poczęstunku, mimo, że Jola wcześniej zapowiadała by go nie przygotowywać. Spożywamy więc ryż podawany w dwóch odmianach (znany nam w Polsce i drugi rodzaj brązowy) oraz ugotowane kurczaki bardzo tutaj chude, marne w porównaniu z naszymi. To wielki gest Elizy i naprawdę świąteczny posiłek. Do picia jest podawany Sprite i Coca Cola – bardzo popularne tu napoje ze względu na obecność dużych ilości deficytowego tutaj cukru. Domek Elizy jest bardzo mały. Bo domy nie służą tu przede wszystkim do bycia w nich. Większość czasu spędza się na dworze. Na dworze jest też kuchnia. Jemy w środkowej jadalni, gdzie jest stół dla nas, są krzesła, jest mały kredens z różnymi naczyniami. Pomieszczenia obok na lewo i prawo są sypialniami osobno dla rodziców, osobno dla dzieci. Okna są bardzo małe. Oczywiście nie ma prądu. Ludzie chodzą wcześnie spać i wcześniej wstają. „Ubikacja” jest oczywiście na dworze. Piszę „ubikacja” w cudzysłowie, ponieważ to kwadratowe miejsce otoczone płotem z grubej trawy-wikliny, która służy też do budowy dachów. Płotek wkomponowany jest w małe zielone drzewka. W ubikacji nie ma nawet dołu. Eliza z dumą  pokazuje nam dość wysoką jak na tutejsze warunki kukurydzę. Jola daje w prezencie zawsze mile tu widziane cukierki i koszulki dla dzieci. Ja udzielam błogosławieństwa w języku suahili, którego zdążyłem się nauczyć:  „Awabariki Mungu Mwanyezi Baba da Mwana da Roho Mtatakifu. Amina.”Można nasza wizytę, która bardzo cieszy gospodarzy, nazwać chyba kolędą. Zapomniałem tylko niestety zabrać z Polski obrazków. Podobnie jest w domu Johna i Patricii. W domu Patricii częstują nas Fantą i małymi, płaskimi pączkami. Są nawet bardzo podobne w smaku do naszych. Dzielimy pączki na cztery części i częstujemy dzieci trochę niepewni czy matka się nie obrazi. Ale ona czyni to samo. Wizyty są w tych trzech domostwach krótkie, bo zapada zmrok i trzeba wracać na misję. Oprócz Johna i Patricii towarzyszy nam dwójka z ich rodzeństwa, mimo że droga powrotna jest także dość długa. Spieszymy się, bo siostry zakonne czekają na nas, bym odprawił dla nich Mszę. Nie muszę się silić na angielski. Cieszą się z Mszy w całości po polsku. Msze w małych grupach misjonarzy, świeckich czy wolontariuszy odprawiane są prawie w całości na siedząco, a kapłani zakładają tylko stuły na ubrania bez ornatów i alb. Raz, że jest gorąco, dwa są często zmęczeni po całym dniu wyczerpującej pracy. To co w Polsce by mnie gorszyło w warunkach tanzanijskich nie robi na mnie żadnego wrażenia. Widzę Jezusa w życiu tych ludzi bez pełnego „rynsztunku” i  zachowania wszystkich zasad liturgicznych. Trzeba mieć ogromną wiarę, by pracować w takich trudnych warunkach. Życie misjonarzy jest dla mnie wielkim świadectwem ich miłości do Boga i do tych biednych ludzi, którzy bardzo cenią misjonarzy i są im wdzięczni. W czasie Mszy dla wiernych zakładam albę i stułę.

MISJA AFRYKA – 7

…czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

13 stycznia 2011 (czwartek)

Następnego dnia 13.01 udajemy się do stacji misyjnej, która nazywa się Mwanalulu (czytaj Młanalulu). Zaproponowałem poprzedniego dnia, że podszkolę się w czytaniu w języku suahili i odprawię tam mszę św. Ks. Janusz musi rano wracać do swoich obowiązków, a ks. Bembo (Filipińczyk), który jest jedynym duszpasterzem na misji jest na badaniach lekarskich i wróci do Bugisi dopiero w niedzielę wieczorem. Jola przesłuchuje mnie kilkakrotnie, cierpliwie poprawia błędy i bardzo się cieszy z mojej propozycji. W jej szkole uczy Słowak Stan – salezjanin, który od dwóch lat nie odprawił tutaj mszy w suahili, bo boi się, że może coś przekręcić i sprofanować święty tekst liturgiczny. Ja nie mam takich oporów. Gdyby nie moja decyzja katolicy z Mwanalulu nie mieliby mszy tylko nabożeństwo Słowa Bożego bez Komunii św. Mają okazję do Mszy raz na dwa miesiące. Oczywiście całą liturgię słowa poprowadzi Matias starszy katechista, który jedzie z nami. Jeepa ma prowadzić Renata, która przechodzi rano krótki kurs prowadzenia tego samochodu po bezdrożach Tanzanii. W ostatniej chwili siostra Kate znajduje czas pośród swoich licznych obowiązków w szpitalu i postanawia nas zawieźć i przywieźć z Mwanalulu. Wsiadamy do jej samochodu. Katechista jedzie na pace. Pokonujemy ok. 8 km. Trudno to nazwać drogami. Właściwie ścieżki, bezdroża, miejscami łąki. Trudno się w tym gąszczu połapać. Kate musi co chwilę pytać Matiasa, gdzie skręcić na licznych rozdrożach. Docieramy na miejsce. Witają się z nami bardzo serdecznie. Jest już kilku mężczyzn i parę kobiet z dziećmi, w większości bardzo małymi. Wioska liczy 8 tys. mieszkańców – rodzin jest 600. Większość mieszkańców to dzieci. Ok. 7-8 % to katolicy, spośród których ok. 100 przychodzi na nabożeństwa. Co niedzielę jest nabożeństwo słowa Bożego bez kapłana. Przed Mszą spowiadam ich. Odstawiam na bok przekonanie wyniesione z seminarium, że muszę przynajmniej jeden grzech zrozumieć, by rozgrzeszyć. Ks. Janusz też nie ma z tym problemu. Ostatecznie spowiadają się przede wszystkim Bogu. Nic nie rozumiem, ale widzę ich wiarę, gdy klękają przede mną na ziemi i w głosie słyszę prawdziwy żal i skruchę serca. Nie trzeba znać suahili, żeby trzymając różaniec zadać pokutę. Ich kościół – kaplica niczym się nie różni od ich domostw. Ten sam materiał i ta sama strzecha tyle, że w gorszym stanie. Jako ławki są murki oddzielone od siebie, żeby można było klęknąć. Gdyby padał deszcz to lałoby się prosto na ołtarz. Oni też wstydzą się tego kościółka i obok budują nowy, porządny. Mury są już na wysokości 1,5 metra. Z rozmów Joli po Mszy wynika, że mają już cegły, piasek i in. materiały na dokończenie budowy. Nie mają tylko pieniędzy na murarza. Bierze 4 dolary za dzień. Proszą nas o pomoc. Nie mamy pieniędzy przy sobie. Jutro mają się zgłosić do Bugisi. Zauważam, że to nie jest problem proboszcza, kapłana. To jest przede wszystkim ich problem. Kapłan może tylko pomóc i to tylko tak, aby nie zwolnić ich z odpowiedzialności. Następnego dnia dwoje z nich (mężczyzna na rowerze, kobieta pieszo) przychodzą punktualnie na umówioną godzinę rano. Otrzymują pieniądze za potwierdzeniem pisemnym i naszymi podpisami. Z tych pieniędzy muszą się dokładnie rozliczyć.

Na Mszy jest ok. 30 osób licząc też dzieci. Kobiety bardzo kolorowo, gustownie ubrane. Mężczyźni w marynarkach lub przynajmniej koszulach. Ciągle dochodzą nowi. Inni – dzieci i dorośli – zaglądają przez wąskie okienka. Może jeszcze poganie zainteresowani chrześcijańskimi obrzędami? Na początku Matias katechista nas serdecznie przywitał wspominając, że uczę się mówić w suahili, żeby byli cierpliwi. Pięknie śpiewają z podziałem na chóry. Jedyny instrument to bęben – jakaś skóra na małej beczce. Nawet małe brzdące podrygują w rytm śpiewu. Dziś czwartek. Bierzemy Msze z poprzedniej niedzieli Chrztu Pańskiego. Matias czyta Ewangelię i głosi słowo Boże. Są dwie procesje z darami. Jedna na potrzeby ich wspólnoty. Jola ocenia, że zebrali ok. 1 dolara w najmniejszych nominałach. To starczy na 2 godziny pracy murarza. Druga procesja ofiarnicza na potrzeby kapłana. Jeden z mężczyzn przyniósł w darze kawałek mydła owinięty w gazetę. Patrząc na nich lepiej rozumiem ewangelię o wdowim groszu. Oni ją chyba realizują. Nie wszyscy podchodzą. Widocznie niektórzy nic nie mają. A ja sobie myślę, że mają bardzo dużo w sercach wiary w swej biedzie i niewyobrażalnie dla nas ciężkim życiu. W czasie przeistoczenia wzruszam się do łez. Ostatnio tak przeżywałem chyba swoją prymicyjną Mszę. Na zakończenie przepraszam ich za kaleczenie ich języka. Czyta się suahili prawie tak jak pisze. Ale trudność sprawiają słowa, które są zbitkiem spółgłosek np. Roho Mtatakifu – Duch Święty albo słówko z Ojcze nasz tunavyowasamehe czy tunakushukuru z modlitwy eucharystycznej. „W” czyta się jak nasze tylko polskie ł, „y” jak j, „sh” jak szi, „ji” jak dzi. I to chyba wszystkie zasady. Jak się okazało błędów była bardzo mało wg oceny Joli. Kiedy na końcu chce im podziękować za ich wiarę, wzruszenie odbiera mi głos. Oni przez Jolę także mi dziękują i są wzruszeni. Na końcu wychodząc z kaplicy błogosławię ich dzieci. Msza była zaplanowana na 9.30. Z misji wyjechaliśmy godzinę później, a zaczęła się chyba przed dwunasta. Dawno tak nie zwracałem uwagi na czas. Rzeczywiście oni mają czas, a my zegarki. Jola obawiała się, że po obfitych ostatnio deszczach (lało bez przerwy trzy dni, co jest źródłem radości wszystkich; nasze modlitwy zostały wysłuchane) wielu z nich pójdzie na pola – trzeba wykorzystać czas i spulchnić nawilżoną ziemie, żeby wydała plony.

Po Mszy idziemy obowiązkowo na obiad do jednej z rodzin. Jola wyjaśnia, że nie wolno odmówić tej gościnności. Pytam się, czy można jeść wszystko. Tak – woda do przygotowania jest oczyszczona i nam nie zaszkodzi. Jola podkreśla, że prawdopodobnie dostaniemy coś mięsnego, choć oni mięso jedzą od święta. Jest wyraźnie zaskoczona, gdy pani domu przynosi małe miseczki ciepłego ryżu, które polewamy ugotowaną fasolką z pomidorem i cebulą. Wniosek jest oczywisty dla Joli. Jest im bardzo ciężko i nie stać ich na nic więcej. Posiłek razem z nami w bardzo prostej izbie jedzą mężczyźni: katechiści i lider wspólnoty odpowiedzialny za sprawy organizacyjne. Kobiety jadają osobno. Krzeseł i miejsca przy stole starczyło tylko dla naszej trójki (towarzyszy nam także Renia). Oni siedzą na byle czym pod ścianą. Do posiłku podano nam 2 fanty i coca-colę (jest dobra tutaj na różne problemy żołądkowe). Mężczyźni mają wodę. Ryż polany fasolką jest bardzo dobry w smaku. Po obiedzie pytają nas o Polskę, o katolików w Polsce. Śmieją się, gdy mówimy, że jak u nas pada deszcz to wszyscy narzekają. W głowach im się to nie mieści.

Czekając na Kate zaglądamy do tutejszego sklepu, właściwie kiosku, gdzie terkocze maszyna do szycia napędzana nogami. Z jednej chałupy dochodzi nas głos silnika. To tutejszy młyn z bardzo nowoczesnym agregatem prądotwórczym, napędzającym dwie maszyny, które najpierw śrutują ziarna kukurydzy, a potem mielą na mąkę. Kate przyjeżdża jeepem, który ma tylko dwa miejsce w kabinie, więc wsiadam na pakę wraz z trzema katechistami. Jedziemy po drodze do człowieka chorego, którego Kate ma zbadać, a ja pobłogosławić (nie jest katolikiem). Nie możemy dojechać jeepem do samego domostwa, bo na drodze stają nam rozlewiska spowodowane ostatnimi obfitymi deszczami. Idziemy częściowo pieszo, a ostatnie 2-3 km pokonujemy na rowerach, które Kate w sobie wiadomy sposób załatwiła w najbliższym domostwie. Ja mam na bagażniku jednego z katechistów, ona siada na bagażnik drugiego. Docieramy do chorego, którego Kate wstępnie bada przez wywiad – sprawdza też możliwości ruchowe chorego. Jest po częściowym udarze mózgu. Mnie się wydaje, że ma 50-60 lat. Okazuje się, że to 30-letni mężczyzna. Odmawiam modlitwę i udzielam błogosławieństwa. Jutro pacjent ma trafić do szpitala na misji

Warunki mieszkaniowe

Warunki na probostwie też nie przystają do naszej rzeczywistości. Prysznic tylko z zimną wodą. Ciepłą trzeba sobie zagotować, a potem polewać się czerpiąc z wiaderka. Ubikacja jest na zewnątrz mniej więcej taka, jaką pamiętam z wczesnego dzieciństwa z moich rodzinnych Bobrownik (początek lat 70-tych), gdy nie mieliśmy jeszcze łazienki. Jola z Ewą (także polska misjonarka pracująca tutaj) mają dopiero od 2 miesięcy  lepsze warunki. Ubikacja wewnątrz łazienki, gdzie jest też ciepła woda podgrzewana kolektorami słonecznymi. Woda deszczowa jest tutaj wszędzie zbierana do specjalnych zbiorników na dachach lub rynnami do zewnętrznych zbiorników. Można ją wykorzystywać do mycia się czy do toalety, natomiast nie wolno nią myć zębów. Do mycia zębów musi być przefiltrowana lub kupiona w butelkach.

MISJA AFRYKA – 6

…czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

12 stycznia 2011 (środa)

Następnego dnia, czyli w środę 12.01 wracamy do Mwanzy, ale tylko po to, aby spakować swoje rzeczy i opuścić gościnny Regional House SMA i po południu udać się do Bugisi w odwrotnym kierunku niż Serengeti, bardziej na południowy wschód Tanzanii. Wyjeżdżamy po południu ok. 16. Czeka nas znów trzy godziny drogi. Droga jest lepsza niż ta z Mwanzy do Serengeti. Ks. Janusz wyjaśnia, że zbudowano ją kilka lat temu za pieniądze Unii Europejskiej. Po drodze fascynują mnie baobaby. Drzewa te mają potężny pień, o średnicy tak na oko nawet kilkanaście metrów. Korona drzewa – zwykle stanowiąca o wyglądzie i pięknie – tutaj schodzi jakby na dalszy plan. Stanowi tło dla pnia. Jola mówi nam, że jeden z katechistów w czasie słowa dla wiernych w ramach nabożeństwa porównał człowieka do baobabu. Z zewnątrz często wydaje się twardy, potężny i groźny, a wewnątrz okazuje się miękki jak pień baobabu. Drzewo bowiem baobabu jest miękkie, nie nadaje się nawet na opał. Baobaby im bardziej zbliżamy się do Bugisi są coraz częstsze, choć pojedynczo rozsiane na horyzoncie, jakby nie znosiły konkurencji – zawsze samotnie.

źródło: www.african.lss.wisc.edu

Dojeżdżamy do stolicy diecezji Shinyanga, do której należy Bugisi oddalone od tego miasta już tylko 55 km. Mijamy dom biskupa z jego licznymi przedsiębiorstwami, które mają dostarczyć dochodu diecezji (piekarnia, wytwórnia materiałów budowlanych itd.), a niestety dostarczają tylko problemów.

Wreszcie jesteśmy na miejscu. Bugisi to nazwa stacji misyjnej – parafii, która powstała 50 lat temu. SMA objęło ja w 1990 roku. Od tego czasu datuje się rozwój tej placówki. Są tu na miejscu dwa kościoły (jeden bez ścian na większe uroczystości), kaplica sióstr zakonnych z Irlandii, które prowadzą szpital, probostwo, szkoła zawodowa dla dziewcząt ucząca szycia i gotowania. Parafia obejmuje 28 out station, jak mówią tutejsi mieszkańcy, czyli stacji misyjnych rozsianych na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, do których księża dojeżdżają raz na półtora czy dwa miesiące. Mieszkańców terenu misji Bugisi jest ok. 60 tys. katolików ok. 15 %.  Jeszcze dobrze się nie rozpakowałem, a już jedna z sióstr Kate  prosi czy nie poszedłbym do szpitala i pobłogosławił człowieka umierającego na trąd (to inna odmiana trądu znanego nam z Biblii, nie tak zaraźliwa). Przy okazji obchodzę z błogosławieństwem cały szpital. Modlę się nad dopiero co urodzonymi dzieckiem, którego matka jest chora na AIDS (dziecko jeszcze nie wiadomo). Błogosławię albinosa – dziecko, które urodziło się i będzie białe, bo w genach zabrakło odpowiedniego pigmentu. Kreślę im znak krzyża na czole i odmawiamy z Jolą modlitwy nad nimi.

MISJA AFRYKA – 5

-czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

11 stycznia 2011 (wtorek)

Cały wtorek 11.01 byliśmy, a właściwie jechaliśmy (ok. 8 godzin jazdy jeepem po bardzo nierównej drodze) przez Serengeti. Zatrzymywaliśmy się, by fotografować ciekawe zwierzęta, które żyją tu na wolności. Najciekawsze były 2 zatrzymania się.

Stary słoń - fotograf: Renia Kazak

Raz stanął nam na drodze stary słoń. Stary, bo nie miał już jednego ciosu (kła). Skubał sobie trawkę na poboczu i ani myślał cofnąć się nam z drogi. Akurat jego upór bardzo nam odpowiadał, bo Renia, która ma znakomity aparat fotograficzny i jest naszym urzędowym fotografem, miała sporo czasu na zrobienie zdjęć z najbliższej odległości.

Żyrafa - fotograf: Renia Kazak

Podobnie było w drodze powrotnej (zrobiliśmy ok. 150 km tam i z powrotem do bramy wjazdowej) z żyrafą, która z kolei była mniej cierpliwa i szybciej ustąpiła nam z drogi. Ileż elegancji i piękna jest w tych zwierzętach! Nie mogę wyjść z podziwu dla mądrości i wszechmocy Boga, który je stworzył.

Jedziemy przez park po nocnej burzy, często pokonujemy kałuże i małe bajorka. Najczęściej spotykanymi zwierzętami są antylopy – od wielkich gnu

Gnu - fotograf: Renia Kazak

aż po najmniejsze, wyglądające jak małe kózki. Towarzyszą nam też stale wielkie stada płochliwych zebr. „Dałeś mi silę bawołu” przypominamy sobie słowa psalmisty widząc rzadziej z bliska, częściej z daleka te ogromne zwierzęta podobne do naszych żubrów czy amerykańskich bizonów. Nawet król zwierząt lew nie ośmieli się zaatakować bawoła. Ks. Janusz jest zachwycony, gdy w drodze powrotnej spotykamy wielki stado słoni (dziesiątki jeśli nie setki zwierząt). Był już 5 razy w Serengeti a nigdy nie widział tak wielkiego stada zwierząt, które w innych miejscach spotykamy w grupach kilku osobników. To doświadczenie ks. Janusza (naszego nie tylko kierowcy, ale i przewodnika) owocuje spotkaniem z lampartem. Jeździliśmy już prawie piątą godzinę po parku, trochę wokoło centrum-bazy dla turystów o nazwie Seronea. Byliśmy już mocno zmęczeni jazdą po tych wertepach, gdy nagle uwagę ks. Janusza skupiło kilka samochodów stojących obok drzewa. Turyści wysunęli z nich swoje aparaty fotograficzne i coś fotografowali. Podjechaliśmy sądząc, że może na sawannie są jakieś lwy czy inne rzadkie zwierzęta.

"Leopard" - fotograf: Renia Kazak

Ks. Janusz swoim doświadczonym okiem zauważył zwierze wylegujące się na konarze drzewa. „Leopard” autorytatywnie stwierdził ks. Janusz. Odpowiedziałem, że nigdy nie słyszałem o takim zwierzęciu. Ks. Janusz – trochę podobny do mnie w pewnej apodyktyczności – stwierdził, że to leopard bez najmniejszej wątpliwości. Przyjąłem to w pokorze, w końcu on błąka się po Afryce już prawie 20 lat, a nie ja. Studiował teologię w seminarium już na terenie Afryki. „Przecież są te słynne czołgi Bundeswery Leopardy” zakończył kontrowersje ks. Janusz. W pokorze zamilkłem obserwując zwierzę, które leniwe spuściło ogon i łapy i tylko na kilka chwil ukazało nam swe dumne oblicze. Następnego dnia śmiechu było co niemiara, gdy w drodze do Bugisi padła nazwa lampart. Po angielsku pisze się leopard (mówi lepard), a ks. Janusz bez przerwy w Afryce mówi po angielsku i stąd jego pewność, co do nazwy.

Hipopotamy - fotograf: Renia Kazak

Spotkaliśmy w Serengeti także wiele hipopotamów – „hipcio” jak mówiliśmy zdrabniając angielską nazwę. Obserwowaliśmy je w rożnych stadiach odpoczynku. Czasem jak głazy pokrywające rzekę czy staw wystające ponad lustro wody, czasem z potężnymi paszczami wystającymi nad wodę, a rzadziej na zewnątrz poruszające się dostojnie. „Ale golonka” stwierdziliśmy kontemplując te zwierzęta. Nad rzekami widzieliśmy też kilka krokodyli. Przy drogach i na nich pełno było pawianów. Ciekawe są też ptaki Serengeti. Bardzo kolorowe, niektóre jak nasze perliczki, inne jak wróbelki. Sekretarz to nazwa samotnego dużego ptaka, na którego zwrócił nam uwagę ks. Janusz.

Interesująca jest też zmieniająca się przy tak dużych odległościach roślinność Serengeti. Rozległe, bezkresne przestrzenie traw, niczym znane mi z opisów amerykańskie prerie, sawanna z pojedynczymi drzewami o charakterystycznym kształcie, czasem bardzo karłowatym, lasy z bardzo wysokimi drzewami, charakterystyczne krzewy i zarośla nad rzekami czy stawami – „Błogosławcie Pana wszelkie rośliny na ziemi” chciałoby się powiedzieć komentując ten krajobraz kantykiem trzech młodzieńców. Mijamy też wzgórza i góry nietypowo dla naszego oka pokryte trawą i pojedynczymi drzewami. Te same drzewa czy krzewy inaczej wyglądają na początku i w centrum parku. Serengeti to królestwo zwierząt i roślin. Zwiedzającym wolno się poruszać tylko wyznaczonymi drogami. Nie wolno wysiadać z samochodu poza miejscem wyznaczonym na piknik.

Jadąc z powrotem trochę spieszymy się, bo musimy do 18 opuścić park. Dojeżdżamy do bramy wjazdowej z 15-minutowym zapasem.

(źródło mapy: www.wdrodze.blox.pl)

MISJA AFRYKA – 4

– czyli proboszczowskie zapiski z Tanzanii

10 stycznia 2011 (poniedziałek)

W poniedziałek (10.01) przed południem zwiedzamy trochę centrum Mwanzy, a trochę załatwiamy interesy. Wymieniamy np. pieniądze. Warto nieco pochodzić, bo kursy różnią się nawet o 20 % . Kupujemy też nowy numer do telefonu. Sms w sieci Era do Polski to ok. 6 zł. W tutejszej sieci, za te same pieniądze, można 2-3 minuty porozmawiać z Polską. Mijamy po drodze różne ciekawe dla nas budynki np. meczety z obowiązkowymi 4 minaretami (wieżyczkami). Głos muezina, który wchodził kiedyś na nie i wzywał do modlitwy, zastępują na nich potężne głośniki. Mniej więcej trzecia cześć ludności to muzułmanie, trzecia cześć to chrześcijanie, a reszta to wyznawcy religii animistycznych, rodzimych. W Tanzanii nie ma ateistów. Wiara w Boga, w życie pozagrobowe jest czymś bardzo naturalnym. Szczególnie akcentowany jest kult przodków. Nawet katolicki misjonarz na pogrzeb musi zarezerwować cały dzień. Wszyscy z wioski żegnają zmarłego. Nieobecność kogoś jest nawet obłożona karą.

Po południu wyjeżdżamy na dwudniowy wypad do Serengeti – najsłynniejszego parku narodowego nie tylko w Tanzanii. Dwie nocy śpimy w bardzo prostych barakach zbudowanych na wzór plemienia Sukuma, pośród którego pracuje Jola. Rzeczywiście parę dni potem widzę podobne mebelki w chatach w okolicach Bugisi. Ciekawy jest przejazd z Mwanzy do Serengeti. To ok. 3 godziny jazdy dobrą asfaltową drogą. Jedziemy cały czas wzdłuż jeziora Wiktorii przez bardzo żyzne tereny (czarna i brązowa ziemia). Mijamy pola ryżowe z charakterystycznymi wałami wokół pól zatrzymującymi wodę potrzebną dla wegetacji ryżu. Ryż to jedna z podstaw wyżywienia tutejszej ludności. Teraz, w porze deszczowej, ryż musi być dwa miesiące pod wodą, aby wydal plony. Jola cały czas w modlitwach w czasie mszy, nieszporów czy różańca wypowiada prośbę o deszcz w Bugisi, bo grozi tam głód. W czasie przejazdu mijamy wioski i pojedyncze domostwa. Bardzo małe budowane z tutejszego tworzywa – wypalanych z odpowiedniej ziemi czy glinki cegieł bez żadnego dodatku cementu. Domki kryte są strzechą z odpowiedniej trawy. Strzecha dobrze wykonana z odpowiedniego materiału wytrzyma nawet 4 lata. W przeciwnym razie trzeba dach domku robić co roku. Niektóre domki mają blachę falistą. Jest trwalsza, natomiast przy upałach w tych domkach jest bardzo gorąco.

Wzdłuż drogi do Serengeti dużo ruchu. Droga zrobiona jest niedawno. Widać, że ożywia tereny wzdłuż niej. Ludzie łatwiej i szybciej mogą się przemieszczać i przewozić swoje towary. Widzimy rzadkie samochody czy busiki, ale także rowery, różne riksze czy zwykle dwukołówki ciągnione czy pchane, wypełnione chrustem, węglem drzewnym czy owocami. Zwracają moją uwagę dwukołówki wypełnione potężnymi ananasami. Ananasy są tutaj nie tylko większe, ale i słodsze od naszych. Popularne są też spośród owoców mango, papaje, awokado, rzadziej  arbuzy. Owoce podawane są do posiłków, nawet do śniadania. Wzdłuż drogi do Serengeti można z okien samochodu zauważyć też zwierzęta domowe – krowy, kozy czy kury. Wszystkie – nawet psy i koty, które później spotykamy – są bardzo wychudłe. Tak samo spotykane w okolicach Bugisi osiołki jako zwierzęta pociągowe. Także krowy, które widzimy na polach, wykorzystywane są do pługa (najczęściej 3 pary). Z drogi widzimy też, czym zajmują się mieszkańcy. Mijamy warsztaty stolarskie, krawieckie, wytwórnie tutejszych cegieł. Wypala się je w charakterystycznych stosach. Te dymiące prostopadłościany opalane są łupinami (plewami) pozostałymi po usunięciu ich z nasion ryżu. Różnego rodzaju stoiska, sklepiki, punkty usługowe są najczęściej na wolnym powietrzu lub tylko pod zadaszeniem bez ścian. Kobiety przesiewają nawet plewy przy młynach oczyszczających ryż z łupin. Ks. Janusz informuje nas, że mogą w ciągu dnia zdobyć w ten sposób nawet kilka kilogramów bezcennego ryżu. Mijamy też proste kościółki i kaplice, nie tylko katolickie. Widać też zajęcia codzienne ludności np. pranie przy naturalnych zbiornikach lub przy domach, jak mówimy po śląsku „na waszbrecie”. Gotowanie też często odbywa się przy paleniskach na zewnątrz. Domki są często bardzo małe 20-30 m kw. Ludzie chodzą drogą bardzo często pieszo. Spotykamy ich także na pustkowiach pozbawionych domostw, a więc chodzą za swoimi sprawami kilka, a nawet kilkanaście kilometrów, gdy nie stać ich na przejazd najtańszym busikiem. W miasteczkach i wioskach nie ma wielu znaków ograniczających prędkość, natomiast wszechobecne są w całej Tanzanii betonowe wysepki dobrze oznakowane. Zmuszają kierowców do zwolnienia. Czasem są długie na 2-3 metry i wyższe od znanych nam z Polski, z tworzywa sztucznego.

Na miejscu naszego noclegu tuż przed wjazdem do Serengeti przeżywamy pierwszy zachód słońca. Poprzednie dni były trochę pochmurne. Ze względu na bliskość równika słońce wschodzi i zachodzi prawie zawsze o tej samej porze między 6 a 7. Różnica wynosi tylko ok. 1 godziny. U nas jak wiadomo to nawet 6 godzin. Cień z mojej postaci to ok. pół metra – tak wysoko świeci słońce. Ciekawe jest też liczenie czasu. Tanzanijczycy są bardziej zgodni z liczeniem biblijnym. Po wschodzie słońca jest pierwsza godzina, potem druga itd. Np. nasza 7 rano to ich pierwsza, nasza 8 to ich druga.