Misja Afryka 2 – 4

– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

15 lipca 2012

Dzisiaj właściwie jeden punkt programu. Eucharystia z okazji jubileuszu ks. Wacka i naszego. Okazuje się, że Wacek odprawił już kilka takich Mszy jubileuszowych (podobnie jak my). Msza rozpoczyna się nawet kilka minut przed zaplanowaną godz.8.30. Na moją uwagę, że zaczynamy procesję wejścia trochę za wcześnie Wacek komentuje: „Jeśli w Afryce chcesz być punktualny, to musisz być wcześniej. Jeśli będziesz punktualny to się spóźnisz”. Oczywiście procesja wejścia, jak co niedzielę tutaj jest uroczysta. Wchodzimy z zewnątrz kościoła. Ministrantów kilkunastu w różnym wieku. Wacek mówi nam, że powołania do kapłaństwa tutaj (z tej niewielkiej parafii wyszło już 5 księży) rodzą się wśród ministrantów. Widać zresztą ich zaangażowanie w liturgię. Większość mężczyzn np. nie tańczy w czasie śpiewów. Ministranci robią to bardzo chętnie. W czasie procesji wejścia jest dzisiaj kadzidło, ale nie ma ewangeliarza. Pismo św. wnosi się w czasie uroczystej procesji przed ewangelią, a gdzie indziej przed samą liturgią słowa. W procesji wejścia uczestniczą także na biało ubrane dzieci i oprócz scholi kobiety z Legionu Maryi. Dzieci (tak jak wczoraj w Mazubuce) tańczą  tylko w skarpetkach. Niektóre kobiety też są boso.  Wacek tłumaczy, że to jest też wyraz szacunku dla miejsca świętego. Msza rozpoczyna się tuż po zakończeniu procesji na wejście. Wacek przedstawia nas i powód dla którego przyjechaliśmy do Zambii. Nasze imiona i nazwiska wzbudzają powszechną wesołość, zwłaszcza Zygmunta.  Wacek odprawia w tutejszym języku („cinandzia”). Mówi bardzo wyraźnie, dobitnie, całym sobą. Widać to szczególnie w czasie homilii. Zna bardzo dobrze tutejszy język, choć w czasie homilii w pewnym momencie nie wstydzi się prosić o pomoc, gdy brakuje mu słowa. Czytania są z XV niedzieli zwykłej (Rok B) takie jak u nas. Przeżywamy – nie znając języka –  powszechność Kościoła. W rękach mamy nasze znakomite „Oremusy” z tekstami liturgii Eucharystii na każdy dzień. W czasie takiego wyjazdu okazuję się niezwykle przydatne. Pismo św. w czasie procesji jest wnoszone i ukazywane wszystkim wiernym. Ciekawe –  i wczoraj i dziś wierni w czasie Ewangelii siedzą. Po homilii wyznanie wiary i spontaniczna modlitwa wiernych. Niektórzy wezwania formułują po angielsku. Zresztą Wacek niektóre fragmenty homilii też wypowiada w tym języku. Ciągle trzeba pamiętać, że jest to język urzędowy w Zambii. Popularne tu „cinandzia” i citonga są językami lokalnymi. Wacek słabo zna citonga, natomiast ks. Grzegorz uczy się też i tego języka. Ciekawa jest procesja z darami najpierw przynosi się pieniądze, które wierni przynieśli wcześniej na tacę czterem ministrantom. Potem niektórzy składają Wackowi do ręki koperty ( okazuje się później, że z pieniędzmi).
A następnie chleb taki jaki jemy na śniadania i kolacje (biały, tostowy), kosz dużych ziemniaków, główka kapusty, jajka, płatki kukurydziane, chyba jakieś proszki czy płyny do mycia. Przed przyjęciem chleba i wina do konsekracji niosą miskę z wodą i ręcznikiem, by celebrans mógł sobie umyć ręce, a potem przyjąć chleb i wino do Eucharystii. Widać w tym znaku źródło obmycia rąk w czasie liturgii. U nas jest to wyłącznie symbol (prośba o oczyszczenie z grzechów). Tutaj rzeczywiste obmycie po przyjęciu różnorodnych darów.

Części kapłana Wacek śpiewa na znane nam melodie gregoriańskie mimo, iż w swoim mszale nie ma nut. Widocznie nie chce wyjść z wprawy. A poza tym oswaja wiernych z innymi melodiami. Wierni bardzo pięknie, choć w swoim języku zaśpiewali psalm responsoryjny. Melodia refrenu wpadająca w ucho, a zarazem dostojna, poważna, nie tak ekspresyjna jak inne  śpiewy.

Śpiewy są bardzo rytmiczne, do tańca. Wszystkie kobiety nawet stojąc poruszają się harmonijnie. Mężczyźni tylko niektórzy. Szczytem liturgii jest pieśń uwielbienia zaśpiewana z ogromną siłą, z pełnym zaangażowaniem. Muszę przyznać, że ogarnęło mnie wzruszenie w tym momencie Mszy. Czasem w czasie śpiewu kilka osób wybiega na środek kościoła i przy pomocy kija czy instrumentów tańczy solo. Wacek mówi kąśliwie, że to ich „gusła”. Być może pozostałości tańców animistycznych wśród których wyrośli i wychowali się. Dowiadujemy się od Wacka, ze kiedyś tak tańczono przed wodzem wioski. On sobie potem wybierał dziewczyny dla siebie. Dziś w Namalundu tańczą specjalnie dla nas, by wyrazić swą radość i jednoczyć się z nami w dziękczynieniu za 25 lat kapłaństwa. Ziga zauważa, że jeden z mężczyzn trzyma małe dziecko na rękach. Rzadki tutaj obraz. Opieka nad dziećmi należy wyłącznie do kobiet. Ale widać i w tym względzie coś się zmienia.

Na zakończenie Wacek przedstawia trochę nas. Wspomina czasy seminaryjne i to, że było nas 52 kapłanów święconych w 1987 roku. Zapowiada, że po ogłoszeniach będziemy błogosławić wszystkich nakładając ręce na głowy i rozdając nasze obrazki jubileuszowe. Wacek nie będzie już obecny, bo dziś śpieszy się do jednej z out station, by i tam odprawić Eucharystię.

Po błogosławieństwie końcowym Mszy następują ogłoszenia wypowiadane przez jedną z kobiet. Najpierw jesteśmy proszeni by wstać i wysłuchać kolejnej pieśni. Tym razem są to zarazem życzenia dla nas. Dziękujemy brawami. Po ogłoszeniach jestem proszony by zabrać głos. Ja czasami próbuję odzywać się moją bardzo łamaną angielszczyzną., więc proszą o słowo. Zaskoczony wypowiadam  w naszym imieniu, że jesteśmy bardzo szczęśliwi będąc tutaj z nimi i prosimy o podejście by udzielić błogosławieństwa. Nasze obrazki rozdawane przez ministrantów robią furorę zwłaszcza u dzieci. Potem są jeszcze zdjęcia i usadawianie nas przy bębnach i gitarach elektrycznych, które towarzyszyły śpiewom. Trudno się oderwać od nich. Ministrantom rozdajemy cukierki, ale potem musimy iść na odpoczynek. Sama msza  trwała tylko godzinę i czterdzieści minut.

W czasie posiłków, w czasie jazdy samochodem (gdy mam dyżur przy kierowcy) dowiaduję się i pytam o różne rzeczy . Np. problem AIDS. Wg rządu choruje 10-15 % populacji. Wg misjonarzy nawet jedna trzecia. Oni są niezwykle pruderyjni. Bardzo np.  reagują, gdy się ich nawet dotknie. A po zapadnięciu zmroku – podkreśla Wacek – jakby inni ludzie. Jakiś zły duch wstępuje w nich. Dziewczyna w imię tego, że prosi ją o seks starszy mężczyzna nie jest w stanie odmówić, sprzeciwić się. Czasem bardzo dobre osoby, pobożne są w ten sposób gwałcone. W ciążę zachodzą nawet kilkunastoletnie dziewczynki. Problemem jest potem aborcja, a w wypadku urodzenia dziecka wyrzucenie ze szkoły. Dlatego tak ważna na misja jest formacja i spotykanie się w małych grupach. Uświadamianie sobie swoich praw i odpowiedzialności za siebie.

Pytam Wacka dlaczego po tylu latach w sumie tak niewielu katolików w Namalundu. Co roku chrzci się 30, 40 nawet 80 osób. W samym Namalundu katolików jest dokładnie 648 (na ok. 5 tys. mieszkańców).  W sumie z 7 stacjami ok. 1000. Wacek zauważa, że mnóstwo ludzi emigruje, wyprowadza się z Namalundu. Wielu w młodym wieku umiera, a główną przyczyną śmierci jest AIDS. Stąd przyrost liczbowy katolików jest tak powolny. A może  nasze metody ewangelizacji nie są skuteczne? Pyta retorycznie Wacek. Na północy kraju, gdzie ewangelizowali biali ojcowie katolików w poszczególnych parafiach bywa 60-80 % mieszkańców. Biali ojcowie wypracowali swoje metody. Są bardzo wymagający, gdy chodzi o katechumenat, dopuszczanie do chrztu i chrześcijaństwo zapuszcza tam trwalsze korzenie. Ten schemat sprawdza się – jak pisałem wczoraj – także w zakresie powołań zakonnych. Charyzmat wyrazisty, jednoznaczny przyciąga. Świadczy o tym popularność sióstr bł. Matki Teresy z Kalkuty czy postawa sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, który mawiał, że młodzież lubi, gdy stawia się jej wielkie wymagania. Do dziś – mimo wieszczenia końca Ruchu Światło-Życie – na rekolekcje 15-dniowe w naszej katowickiej archidiecezji wyjeżdża ponad 3 tys. osób. Popularność rekolekcji ignacjańskich czy lectio divina także potwierdza tę tezę. Domy rekolekcyjne prowadzące tego typu rekolekcje są pełne u nas, a trzeba się przecież zgodzić na 8 dni całkowitego milczenia i oderwania się od świata. Ciekawe, że Wacek w ciągu 21 lat pracy misyjnej przeżył już dwa razy pełne trzydziestodniowe rekolekcje ignacjańskie i bardzo sobie chwali ten błogosławiony czas. Pytam go też o kazanie, które wygłosił  rano – czy je sobie pisze, jak się przygotowuje. Wacek podkreśla, że już dawno przestał pisać kazania. Przygotowuje się zbierając myśli na temat czytań danej liturgii słowa i mówi od serca, daje swoje świadectwo.

Widziałem jak wierni uważnie go słuchają. Zresztą trzeba podkreślić, że wierni w czasie śpiewu są bardzo ekspresyjni, emocjonalnie go przeżywają, ale w czasie słuchania potrafią się skupić. Po komunii św. była długa chwila milczenia, modlitwy w ciszy. Tylko niektóre małe dzieci nie umiały wysiedzieć na miejscu. Jeśli jakieś zaczęło hałasować było natychmiast przez mamę wyprowadzane na zewnątrz. Także i tu sprawdza się myśl niedawno zmarłego o. Joachima Badeniego OP: Dlaczego dzieci chodzą po kościele? Bo wiedzą, że Pan Bóg jest wszędzie.

Misja Afryka 2 – 3

– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

14 lipca 2012

Według wschodu słońca można w Zambii regulować zegarki. Zawsze o 6.30 robi się jasno. Trudno się do tego przyzwyczaić, zwłaszcza gdy chodzi o godziny wieczorne. Wczoraj np. szedłem ok. godz.20.00 z naszego domu, gdzie nocujemy na probostwo do Wacka (to ok. 150 m) i było całkowicie ciemno. Jest tu teraz nów księżyca.  Zapodziałem gdzieś wcześniej latarkę i próbowałem sobie poświecić telefonem komórkowym, ale po parunastu sekundach i on rozładował się, więc był mały problem. Zwłaszcza, że są tutaj węże. Niekiedy jest ich nawet – jak to określa Wacek – cała plaga. Często nie sposób rozróżnić jadowitego od niegroźnego. Na szczęście jeszcze nie spotkaliśmy węża, choć idąc uważnie patrzymy na ziemię. Węże chyba nie lubią – w przeciwieństwie do nas – obecnej pory „zimnej” (piszę w cudzysłowiu, bo to pojęcie znaczy dla nas coś zupełnie innego niż dla Zambijczyków).

Jeszcze małe dopowiedzenie do wczorajszego dnia. Wczoraj spieszyłem się z nadaniem relacji  ze względu na plan dnia Wacka, który udostępnia mi dostęp do bezprzewodowego internetu. Całe szczęście tuż obok parafii są potężne wieże nadawcze, więc nie ma problemu z przekazem danych. Nie można przesyłać zdjęć ze względu na małą przepustowość łącza, ale z tekstami nie ma problemu. Wczoraj nie zdążyłem napisać jeszcze o jednej wizycie w tutejszym „centrum handlowym” czyli sieci około dziesięciu sklepów i punktów usługowych zbudowanych kiedyś dość porządnie przez państwo na użytek pracowników elektrowni i mieszkańców osiedla. Wacek chciał tam pojechać, by przypomnieć się mężczyznom ze wspólnoty, którą odwiedziliśmy. Na spotkaniu były same kobiety. Wacek podejrzewał, że mężczyźni są w tutejszym pubie. W pubie znalazł tylko dwóch, ale przy okazji rozegrał partię bilarda (przegrał z Zambijczykiem po dość wyrównanym pojedynku) w ramach szeroko pojętej preewangelizacji. W pubie moją uwagę zwróciły trzy duże plastkowe beczki (u nas w takich kisi się kapustę lub ogórki). W nich oczywiście tutejsze piwo czy wódka. W czasie partii bilarda robiłem zdjęcia dzieciom wracającym ze szkoły ( była 16.30). Od razu zauważyłem, że wracają ze szkoły ponieważ były ubrane jednakowo i w jednolitym kolorze (brązowym). To naprawdę budujący widok na co dzień w Zambii i nie tylko (podobnie było w znanej mi Tanzanii). Widać po stroju dzieci i młodzież szkolną. Kiedy idą do szkoły i wracają z niej. Jest to bardzo eleganckie, po prostu ładne. Dziewczyny zawsze do szkoły w spódnicach. Często w białych podkolanówkach. W jednym mieście, przy jednej szkole widzimy dominujący kolor brązowy, przy innym niebieski czy zielony. Jeśli rano zimno (bywa tu rankiem 10-12 stopni) to dzieci mają sweterki. Możemy się uczyć od Zambijczyków. Szkoła „wyróżnia” ucznia, z zarazem zrównuje uczniów przecież pochodzących z rodzin biednych i bogatszych.   Dwóch chłopców podwieźliśmy naszym samochodem. Oni krótką podróż spędzili na pace.

Dzisiaj tj. w sobotę jedziemy do Mazabuki do sąsiedniej parafii. Ta „sąsiednia” na tutejsze warunki oznacza 112 km odległości czyli 1,5 godz. szybkiej jazdy. Wacek został zaproszony na srebrny jubileusz ślubów zakonnych s. Mariany Bbalo ze Zgromadzenia Sióstr Ducha Świętego. Nie wypadało mu odmówić, a my z chęcią przyjmujemy takie nietypowe zaproszenie i okazję doświadczenia życia tutejszego Kościoła podczas niecodziennych uroczystości. Po drodze po około 60 km mijamy granicę parafii Namalundu. Droga jest asfaltowa, prosta choć czasem z niebezpiecznymi dziurami. Mijamy typowy afrykański busz. Spalona od słońca trawa, niezbyt gęste, niskie drzewa. Nieliczne budynki, chatki, parterowe tylko. Najczęściej  murowane, ale też kryte strzechą wokół których rozpoznaję specjalnie hodowane bananowce, mangowce. Tylko te drzewa są zielone.  Większość drzew w buszu jest całkowicie lub prawie całkowicie suchych np. rzadkie baobaby. Wyjeżdżając z Namalundu mijamy kilka razy linie przesyłowe prądu wysokiego napięcia z potężnymi masztami. To ze znanej nam elektrowni ZESCO. Oczywiście tam gdzie są lampy uliczne cały czas świecą. Po drodze mijamy stanowiska handlowe z węglem drzewnym zapakowanym w charakterystyczne „snopy”. Wacek tłumaczy mi, że drzewo zanurza się całkowicie w glinie, a potem  opala się ją, tak by powietrze nie dostało się do węgla i w ten sposób powstaje węgiel drzewny. Po drodze mijamy też widoczne pożary buszu, a także długie odcinki spalonej trawy. Tak jak u nas, wbrew zakazom, podpala się trawę. Dymy ciągną się czasem całymi kilometrami. Jedyna różnica z naszą polska sytuacją – tutaj drzewa na szczęście  nie zapalają się od trawy i mogą ocaleć po takim pożarze.

Przerwę robimy w miejscu gdzie można napić się kawy i jest ubikacja. Okazuje się, że tuż obok rozciągają się olbrzymie pola zboża, najprawdopodobniej jakiejś odmiany pszenżyta. Wokół wszystko niemal spalone od słońca, a na polu  pięknie zielono. Jest to znane nam już okrągłe pole z chyba kilkuset metrowym systemem nawadniającym, który na kołach (koleiny są widoczne w zbożu) porusza się po całym areale dookoła swej osi. Zboże jest jeszcze zielone, z kłosami, które za kilka tygodni będą już gotowe do żniw. Zbiory zbóż mogą tutaj być dwa razy w roku – raz w porze deszczowej, drugi raz na końcu suchej dzięki nawadnianiu. Koszty doprowadzania wody i prądu elektrycznego, który przesuwa cały system widocznie wynagradzane są obfitością zbiorów.

Eucharystia w Mazabuce w parafii Matki Bożej Wniebowziętej zaplanowana jest o 10.00. Jesteśmy punktualnie i – o dziwo – punktualnie rozpoczyna się Msza jubileuszowa. Koncelebruje aż 25 księży ( na mniej więcej 100, którzy pracują w diecezji Monze) w tym tylko 4 białych – Irlandczyk i nas trzech. Biali misjonarze należą tu do zdecydowanej mniejszości. Właściwie mogliby już od biedy wyjechać. Jednak Zambijczycy chcą niektórych zatrzymać ze względu na duże doświadczenie duszpasterskie. Biskupem diecezji gdzie pracują ks. Wacek i ks. Grzegorz jest Włoch – Emilio Patriarca, poprzednio misjonarz fideidonista pracujący tutaj 12 lat. Kościół włoski każe swym księżom diecezjalnym wracać do kraju właśnie po 12 latach. Bp Emilio jest tu dłużej  dlatego, że został biskupem.

Procesję wejścia do dużego kościoła (jest w nim może 400 osób) prowadzą dostojnie ministranci z krzyżem bez ewangeliarza. Uczestniczymy nie tylko my księża, ale także kilka grup różnych chorów, jakieś schole śpiewające, tańczące cały czas. Naiwnie myślę, że Msza rozpocznie się po długim śpiewie znakiem krzyża i pozdrowieniem. Nic z tych rzeczy. Znak krzyża czynimy dopiero po 25 minutach. Wcześniej jest przywitanie wszystkich przez jedną z sióstr, a potem długa procesja wprowadzenia Jubilatki. Idzie powoli, prowadzona  w rytmie śpiewu całkowicie owinięta kolorową chustą. Dopiero przed ołtarzem jest „uwolniona” ze swego nietypowego nakrycia i możemy ją wreszcie zobaczyć. Wszystko z mocnym śpiewem, okrzykami radości, które przypominają mi okrzyki Indian z filmów czy naszych podwórek (donośny krzyk modulowany dłonią nakładaną na usta). Zresztą słychać go będzie wielokrotnie w ciągu Mszy. Po znaku krzyża akt pokutny (wierni przeżywają go na klęcząco), a potem Kyrie i Gloria zlane w jeden długi, głośny śpiew. Śpiewowi akompaniują dwie elektryczne gitary i kilka tutejszych bębnów. Przed liturgią słowa znów uroczysta procesja z krzyżem, kadzidłem (dwa naczynia niesione przez chórzystki) i samą księgą Pisma Św., która wręczana jest kapłanowi. Liturgia słowa jest (jak większość części stałych Mszy) po angielsku. Pierwsze czytanie z księgi proroka Jeremiasza, gdzie jest fragment wybrany przez siostrę Marianę specjalnie na jubileusz. Po angielsku brzmi: „I know the plans I have for you” (Jr 29,11). Psalm responsoryjny ( rozpoznaję słowa „Pan jest moim pasterzem”) jest śpiewany po angielsku na “europejską”,  spokojną  melodię, łatwo wpadającą w ucho.   Ewangelia z 15 rozdziału Jana o miłości wzajemnej  i wybraniu uczniów przez Chrystusa. Kazanie długie ok. 25 minut. Nieco przysypiam nie rozumiejąc treści. Ożywiam się, gdy kaznodzieja wchodzi w dialog z wiernymi, wzbudza śmiech, czasem oklaski potwierdzenia. Po homilii jest obrzęd odnowienia ślubów. Padamy na kolana słuchając śpiewu litanii do wszystkich świętych, ale na szczęście – jak tłumaczy mi Wacek – pięciu świętych jest podsumowywanych jednym „módl się za nami” więc nie trwa to zbyt długo. Siostra głośno wypowiada formułę po angielsku i podpisuje ją na ołtarzu. Modlitwa wiernych prowadzona przez jednego z koncelebransów jest spontaniczna, ale tylko kilka wezwań.  Potem jest krótka procesja najpierw w formie kolekty do drewnianej skarbonki, a potem oprócz skarbonki do ołtarza przyniesiony jest chleb i wino. Cała modlitwa eucharystyczna (poza aklamacją po przeistoczeniu) jest recytowana, a wierni cały czas klęczą. Komunia św. pod jedną postacią. Po niej siostra Mariana daje swoje świadectwo powołania. Zwraca uwagę, że kiedy składała śluby diecezja Monze obchodziła 25-lecie powstania. Dziś ona obchodzi srebrny jubileusz, a diecezja złoty. Potem jako dziękczynienie wyśpiewywany i pięknie tańczony jest Magnificat. Śpiewają go i tańczą młode siostry, chyba nowicjuszki. Zresztą sióstr jest na tej Eucharystii dość sporo. Zwracam uwagę na starsze siwe panie z wyglądu Irlandki czy Amerykanki. Pytam się Wacka czy to są siostry bezhabitowe. Wacek zaprzecza. Mają habity, ale demonstracyjne ich nie noszą. Dla Wacka jest oczywiste – dlatego nie mają powołań. Wszystkie są w bardzo zaawansowanym wieku. Tam gdzie są habity  jako widoczny zewnętrzny znak powołania zakonnego  tam – przynajmniej w Zambii –  nie brak powołań. Przykładem tak licznie obecne na Eucharystii Zgromadzenie Sióstr Ducha Świętego, gdzie aż roi się od nowicjuszek i postulantek.

Na końcu Mszy oczywiście życzenia, gratulacje, uściski, podchodzenie do siostry Mariany tanecznym krokiem, by złożyć krótkie życzenia. Całość trwa 2 godz. 45 min.

Potem idziemy na agapę. Wacek co chwilę spotyka znajomych, przyjaciół, zamienia z każdym parę słów. Widać, że jest  znaną postacią w lokalnym Kościele. Na dużej sali konferencyjnej wreszcie podchodzimy do Jubilatki. Wacek składa życzenia i wręczamy jako prezent trochę naszych polskich darów: kabanoski i parę gorzkich czekolad. Potem cierpliwie czekamy w kolejce na podejście do szeregu naczyń z ciepłym jedzeniem. Można się częstować papką z mąki kukurydzianej (tutejsza „szima”), ziemniakami, ryżem, kawałkami kurczaka, gulaszem z wołowiny, sałatkami, marchewką i fasolką tudzież innymi potrawami, a na końcu tradycyjnie w Afryce Cola, Sprite czy Fanta do wyboru.   W sali mieści się chyba ok. 150 gości. Reszta jest w pobliskich pomieszczeniach lub na dworze. Na tort nie zdążyliśmy się załapać, ale zauważyliśmy przyniesienie noża ozdobionego wstążkami do pokrojenia go, w formie „procesji” niemal tak uroczystej jak w czasie Eucharystii.

Wyjeżdżając z gościnnej Mazabuki wstępujemy do supermarketu. Wyposażenie bardzo podobne do naszego. Zauważam tylko większe opakowania podstawowych produktów (ryżu, mąki, cukru itp.) nawet w 25 kilogramowych workach. Kupujemy wodę, chleb i soję, która mi tu zasmakowała. Zamiast bramek kontrolnych strażnik, któremu pokazujemy rachunek. Na pobliskim boisku piłkarskim mecz chłopców. Podobnie gdy dojeżdżamy do Namalundu. Przypominamy sobie, że jesteśmy w kraju aktualnego mistrza Afryki w piłce nożnej. W lutym Zambijczycy pokonali w finale faworyzowane Wybrzeże Kości Słoniowej 1:0 i było prawdziwe święto w Zambii. Wacek nie wierząc w sukces obiecał swoim ministrantom, ze ich zabierze na przywitanie piłkarzy do Lusaki na lotnisko. Nie zrealizował swojej obietnicy tylko z tego powodu, że kilkakrotnie przekładano godzinę przylotu piłkarzy. Najpierw mieli przylecieć z Gabonu, gdzie odbywały się mistrzostwa o 10.00, potem o 12.00, potem o 14.oo, a wreszcie o 17.00 (sytuacja niestety typowa dla Afryki). Wyjazd na tę godzinę był już niemożliwy ze względu na ciemności ok. 18.00. Nocami zwykle się nie tu podróżuje.

Spieszymy się nieco by wstąpić do jednej z out station parafii Wacka, gdzie dwudniowe spotkanie z noclegiem w kaplicy zaplanowali sobie chórzyści z kilku stacji. Chcą przygotować się muzycznie do żniwnego, które będzie tutaj za dwa tygodnie. Nocowali w kaplicy, bo nie było innego miejsca. Potem odwozimy jedną z chórzystek z małym dzieckiem na ręku chyba z 10 km. Nie opłaca się przychodzić z tak daleka na kilka godzin, aby zaraz wracać i  zdążyć przed zmrokiem. Chórzyści witają nas bardzo serdecznie. Obdarowujemy ich naszymi obrazkami jubileuszowymi. Wacek tłumaczy moje wyjaśnienia obrazu Carravagia „Powołanie św. Mateusza”. On sam wyjaśnia kim był  św. Benedykt na jego obrazku i opisuje krótko  kościół Zigi z Katowic Janowa pod wezwaniem św. Anny (przedstawiony wraz z patronką na jego obrazku). Chórzyści odwdzięczają się nam  pięknym śpiewem. Kilkoro dzieci otrzymuje cukierki i wsiadamy do naszego samochodu. Ja na zamkniętą pakę wyposażoną dzisiaj w wygodny materac i jasiek do oparcia się, a Ziga do szoferki. I tak na zmianę. To nasz stały sposób podróżowania po Zambii.

Misja Afryka 2 – 2

– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

13 lipca 2012

Teren wokół parafii ks. Wacka jest górzysty, przypominający nasze Beskidy, choć przełom rzeki Kafue (dopływu bardziej znanej na południu Afryki Zambezi) momentami przypomina Pieniny. Roślinność jest raczej karłowata. Jesteśmy w Namalundu na wysokości ok. 1000 m nad poziomem morza. Drzewa są niskie, raczej małe. Spod ziemi wyzierają skały. Ziemia jest czerwona, podobnie skały.

Ks. Wacek (wraz z przebywającym teraz w Polsce ks. Grzegorzem) mieszkają na bardzo skromnym probostwie. Obaj mają po jednym pokoju. Wspólna jest jadalnia wraz z salonem, oczywiście kuchnia, w której pracuje bardzo dobrze gotująca Zambijka oraz łazienka. My z Zigą śpimy w osobnym budynku właśnie przeznaczonym dla gości. Obok jest nazwijmy to dom parafialny z częścią zadaszoną ale bez ścian.

Co do klimatu i pogody to Zambia jest w lipcu wspaniałą odskocznią dla aktualnych temperatur w Polsce. Jest tu tzw. pora zimna i sucha czyli od końca maja do przełomu sierpnia i września. Ich pora zimna tzn. temperatura w ciągu dnia ok. 20-25 stopni. Rano chłodniej. W nocy śpi mi się bardzo dobrze. Wczoraj wieczorem Wacek u siebie w pokoju miał 19 stopni, a więc w sam raz (jak dla mnie). Wietrznie – i to nawet bardzo –  było nam  z Zigą na otwartej pace samochodu dzisiaj (miejsce obok kierowcy udostępniliśmy przewodnikowi, który oprowadzał nas po elektrowni wodnej). Po porze suchej i zimnej nastaje pora gorąca i także sucha, a potem  deszczowa (kilka miesięcy na przełomie roku).  Z powodu tej pory suchej nie jest tu zbyt zielono. Część drzew jest zupełnie suchych. Wacek zapewnia, że za kilka miesięcy ożyją.

Pierwszego dnia pobytu w piątek 13 lutego po Mszy św. w kościele wybieramy się na ustalone i zapowiedziane wcześniej przez Wacka zwiedzanie elektrowni wodnej ZESCO. Z tego skrótu zapamiętałem co oznacza pierwsza litera (Zambia) i dwie ostatnie (Company). Po drodze do elektrowni (kilkanaście kilometrów od Namalundu) co chwilę kogoś zabieramy i wysadzamy. Wacek żartuje, że gdyby tu nie był misjonarzem to jeździłby jako tani taksówkarz. Ludzie bardzo często podróżują pieszo. Jestem poruszony gdy matka z małą dziewczynką i chyba swoja matką przejechały dzięki życzliwości Wacka chyba z 7-8 kilometrów. Nie wiem jakie sprawy szły załatwić z tym maleństwem, ale widać, że zabiera im to nawet cały dzień. Zambia prawie dwa i pół raza większa od Polski ma tylko 13 milionów mieszkańców i jest słabo zaludniona. Po drodze spotykamy kobietę niosącą na głowie kosz z pomidorami. Nie tylko ją podwozimy, ale kupujemy dwie paczki pomidorów (ok. 1,5 kg). Płacimy niecałe dwa dolary czyli cena tak jak u nas. Niesamowita jest ta umiejętność noszenia różnych przedmiotów na głowie. Potrafiła kosz z kilkunastoma kilogramami pomidorów nieść nawet bez podtrzymywania go ręką.

Po dość krótkiej jak na tutejsze warunku podróży dojeżdżamy najpierw do budynków dyrekcji elektrowni. Wszystko jest pilnie strzeżone. Pokonujemy wiele szlabanów, gdzie nierzadko stoją uzbrojeni strażnicy. Wacek jest umówiony (ma dokumenty) na wjazd, więc sprawnie pokonujemy bariery biurokratyczne. Nasz przewodnik po elektrowni („mister Bwalia” czyt. Balia jak ciągle tytułuje go Wacek) okazuje się nowo wybranym przewodniczącym tutejszej Rady Duszpasterskiej parafii w Namalundu. Spotykamy go później kilka razy w kościele i na probostwie. Budynek dyrekcji ma specjalne szyby, które my możemy używać tylko jak lustra, a pracownicy wewnątrz doskonale nas widzą. Obok budynku dyrekcji jest duża wieża z windą (500 metrów w dół), ale winda jest aktualnie nieczynna. Musimy jechać kilka kilometrów niżej „kanionem” rzeki by dotrzeć do kilometrowej długości podziemnego tunelu i rozpocząć zwiedzanie elektrowni. Jeszcze zanim wjedziemy do tunelu zatrzymujemy się i robię zdjęcia pięknego przełomu rzeki  Kafue. Parę słów o elektrowni. Ma sześć turbin każda o mocy 160 MW, a więc w sumie maksymalnie 960 MW mocy ma ZESCO. Jak się okazuje na dole przy tablicy kontrolnej poszczególne turbiny pracują najczęściej na  90 % możliwości. Elektrownię zbudowali jeszcze w latach 1968-77 Jugosławianie (dzisiaj trzeba by powiedzieć Serbowie), ale urządzenia dostarczali Szwedzi. Na turbinach znajduję znaną Chorzowianom nazwę Alstom. Schemat działania jest następujący. To co aktualnie zwiedzamy to serce elektrowni. Woda dostarczana jest ze sztucznie utworzonego zbiornika na rzece podziemnym tunelem, który ma kilkanaście kilometrów długości. Nad samymi turbinami puszczana jest pionowym tunelem o dł. 400 m, by uzyskać jak największą siłę, moc dla spadającej wody. Wszystko wydrążone jest w twardej granitowej skale (widać wiele odwiertów na ścianach), bez żadnych podpór czy umocnień ze względu na twardość skały. Zwiedzamy w kaskach różne skomplikowane urządzenia. Woda spadająca na turbiny musi być czysta, a więc już przy jej poborze ze zbiornika jest wielokrotnie czyszczona, filtrowana. Pytamy się czy te turbiny na które spada były już wymieniane. Okazuje się, że są z tak dobrej stali, iż pracują nieprzerwanie od 40 lat. Ale trzeba o nie dbać. Zambijczycy, których w elektrowni pracuje ok. 100 czasem kupują części zamienne chińskie czy hinduskie, bo tańsze niż szwedzkie. Okazuje się, że po kilku latach trzeba je wymieniać. Szwedzkie byłyby droższe, ale są zdecydowanie trwalsze. Nie tylko tutaj nie zawsze opłaca się to co najtańsze. Na terenie samych turbin, generatorów jest straszny hałas. Mówiąc do siebie trzeba krzyczeć i to blisko ucha. W dyżurce kontrolnej urządzeń jest natomiast bardzo cicho i spokojnie. Pracownicy mają nawet puszczony telewizor i akurat oglądamy przez chwilę archiwalne zdjęcia z koronacji Elżbiety II sprzed 60 lat. Nasz przewodnik bardzo się stara by wytłumaczyć skomplikowany system przetwarzania prądu, byśmy mogli z niego skorzystać w domach na górze. Ale Wacek tłumaczy nam to po swojemu: „Chodzi o to, żeby surowy prąd wytwarzany w elektrowni, stał się użytkowym”. Największe wrażenie robi potężna oś turbiny (średnica może ok. 80 cm), która obraca się z prędkością 5 m na sekundę. Kiedy jesteśmy przy planszach pokazujących schemat działania elektrowni nasz przewodnik pomaga sobie moim jubileuszowym obrazkiem, który otrzymał wcześniej. Na obrazku jest reprodukcja „Powołania św. Mateusza” Carravagia. Pan Jezus na nim nie tylko wskazuje w tym przypadku na serce Mateusza, ale też „objaśnia” nam inżynierskie cudo jakim jest elektrownia ZESCO.

Ostatnio Zambia dostała olbrzymie pieniądze (3 mld dolarów)  na budowę drugiej elektrowni poniżej obecnej. Woda, który wypływa z ZESCO będzie więc jeszcze raz wykorzystana, choć ta druga będzie miała mniejszą moc (600 MW). Swoją drogą Zambijczycy kompletnie nie oszczędzają prądu. Na ulicach Lusaki i Namalundu  lampy świecą  nawet w ciągu słonecznego dnia. Wacek podaje nam swoją teorię po 21 latach pracy misyjnej. Nieco rasistowską brzmiącą, ale według niego prawdziwą: „W Afryce nie potrafią tylko  dwóch rzeczy: zgasić po sobie światła i zakręcić wody. Poza tym wszystko potrafią….zniszczyć”. Niegospodarność, rozrzutność jest na porządku dziennym. Kupują  komórkę o wiele nowocześniejszą niż ma misjonarz, a nie potrafią opłacić dziecku szkoły czy zadbać o jedzenie. Wśród pracowników elektrowni, których osiedle po południu zwiedziliśmy są już nawet samochody, anteny satelitarne, a brakuje pieniędzy żywność. Wacek ma u nich przydomek „Sata” od nazwiska urzędującego prezydenta (a jakże – jego wizerunek znajdziemy w głównej hali elektrowni), ponieważ jest tu małym dyktatorem obnażającym wady Zambijczyków. Na przykład uczy ich punktualności. To oni na niego czekają na out station , a nie on na nich. Krąg biblijny po południu miał się zacząć o 15.00 to Wacek skrócił sobie jakże tu potrzebną sjestę, aby się nie spóźnić. A przede wszystkim próbuje ich uczyć gospodarności, roztropności w planowaniu wydatków, żeby mieli właściwą hierarchię wartości. Zna znakomicie tutejszy język lokalny (wymawia się „cinandzia”), także choć słabo drugi język spotykany w tych stronach (citonga), nie wspominając oczywiście o angielskim, który jest językiem urzędowym. A przede wszystkim widać w nim na każdym kroku ogromną miłość do swoich wiernych i w ogóle Zambijczyków. Tak samo jak ich, tak i nas uczy dyscypliny i porządku („bardzo często myj ręce, a jak się z kim przywitasz nie dotykaj twarzy”, „nie pij żadnej wody poza sprawdzoną – destylowaną czy mineralną”, „nie myśl, że wytrzymasz tu cały dzień na chodzie bez sjesty” itp. hasła słyszymy każdego dnia). Jednocześnie jest człowiekiem pogodnym, pełnym humoru. Łatwo nawiązuje kontakty, z każdym zagada. Bije od niego prawdziwa troska duszpasterska o swoje owieczki. Dlatego mówi im prawdę, nawet bolesną, dla ich dobra.

Po południu jedziemy spotkać się ze wspólnotą podstawową. Całe Namalundu podzielone jest na 7 wspólnot, które spotykają się co tydzień na rozważaniu Słowa Bożego z nadchodzącej niedzieli. Wacek stara się być na każdym spotkaniu. Jeśli wspólnoty spotykają się o tym samym czasie to jego obecność jest oczywiście rzadsza. Jedziemy do osiedla zbudowanego przez państwo dla pracowników elektrowni (skąd my to znamy). Domy są solidne, murowane, tynkowane. Oczywiście w każdym jest prąd. A jeśli jest prąd to w mieszkaniu gdzie jest spotkanie widzę pralkę, kuchenkę elektryczną, wieżę hi-fi, telewizor (choć starszego typu) oczywiście z dekoderem, odtwarzacz dvd. Jednocześnie zamiast sufitu płyty azbestowe nad nami. Dość porządne fotele, parę innych mebli. Ale powierzchnia takiego mieszkania to maksimum 30, może czterdzieści metrów kw. Przy niektórych domostwach rzeczywiście stare samochody. Wszędzie pełno dzieci. Przy domostwach drzewa owocowe: bananowce, mango, papaje. Manga tu chyba nie zjemy, bo drzewa zaczynają dopiero kwitnąć.

Na samo spotkanie przychodzi kilkanaście kobiet. Mają Pisma św. w rękach. Kiedy mówię coś i nieustannie pytam Wacka, żeby mi tłumaczył różne sprawy, zadaję też pytanie: Kiedy się zacznie spotkanie? Pada odpowiedź: „Kiedy przestaniesz mówić. One czekają na ciszę”. Tak upomniany milknę. Na początku jest modlitwa prowadzona przez liderkę wspólnoty. Oprócz fragmentu spontanicznego domyślam się, że jest odmawiane Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. Całość poprzedzona jest śpiewem rozpoczynanym i prowadzonym przez kantorkę (prowadzi zwrotki). Po kilku wycisza śpiew. Śpiew nastraja do modlitwy i jest też samą modlitwą. Potem odczytany jest fragment Ewangelii (Mk 6, 13-17) o rozesłaniu przez Chrystusa swoich uczniów. Mają iść po dwóch, bez zabezpieczeń, zatroskani tylko o Ewangelię. Wacek włącza się w spotkanie tylko gdy jest pytany. Pytanie o jakie otrzymał na tym spotkaniu jest bardzo podobne do tego, które pada u nas w kontekście tej Ewangelii. Chodzi o Świadków Jehowy, którzy dosłownie realizują ten nakaz Chrystusa. Robią to – jak mówi im Wacek – w dobrej wierze, ale z błędną nauką, która nie jest nawet chrześcijańska w swej istocie. Modlitwa na zakończenie tak samo jak na początku. Po czym sprawdzenie obecności i kolekta na potrzeby danej wspólnoty. Po wyjściu zauważam jak skarbniczka daje część pieniędzy kobiecie z małym dzieckiem na ręku. Wspólne zdjęcie. Po drodze fotografuję dzieci. Bardzo to lubią. A wręcz salwami śmiechu kwitują swój widok na zdjęciu z aparatu cyfrowego.

Misja Afryka 2 – 1

– czyli proboszczowskie zapiski z Zambii

11-12 lipca 2012
(źródło grafiki: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zambia)

 

Mimo, iż propozycja wyjazdu do Zambii na jubileusz 25-lecia kapłaństwa naszego kolegi rocznikowego ks. Wacka Stencla była skierowana do wszystkich kolegów z rocznika święceń 1987, ostatecznie lecimy we dwóch. Nasz niezmordowany duktor (czyli odpowiedzialny za organizację wspólnych rekolekcji, wyjazdów i spotkań rocznikowych) ks. Zygmunt Klim oraz ja. Ziga duktoruje nam już od 25 lat i zawsze wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Wszyscy wiedzą gdzie, kiedy i na jakich warunkach się spotykamy, wyjeżdżamy itp. Poza tym jest zapalonym obieżyświatem. Jedynym kontynentem na którym jeszcze nie był to Antarktyda. Ziga zorganizował nasz przelot do Zambii. Startujemy z Pyrzowic przez Monachium, Johannesburg do Lusaki stolicy Zambii, gdzie na nas będzie czekał ks. Wacek. Pierwsza niespodzianka już w Pyrzowicach. Okazuje się, że mój kolega mam 5 kilogramów nadbagażu. To może kosztować 150 euro plus 70 zł opłaty manipulacyjnej. Okazuje się, że Ziga i z tym problemem sobie poradził. Część cukierków dla dzieci w Zambii („Nie możemy odbierać przyjemności dzieciom w Afryce” stwierdził mój kolega) przepakowaliśmy do naszych podręcznych bagaży, a hermetycznie zamknięta szynka trafiła do kieszeni kurtki Zigi. Wzbudziła trochę zainteresowania w czasie kontroli na lotnisku w Johannesburgu, ale zaakceptowano ją jako wyposażenie kieszeni kurtki. Lwią część naszego bagażu stanowią  dary dla ks. Wacka – krówki, czekolady gorzkie i kabanosy. Wszystko to bardzo lubi, a w Zambii tego nie kupi.  Ziga pomyślał nawet o wydrukowaniu 1000 obrazków jubileuszowych dla Wacka z nadrukiem specjalnie dla niego.

Trochę się niepokoimy. W Monachium mamy tylko godzinę czasu na załatwienie formalności, by znaleźć odpowiednią bramkę i wejść na pokład samolotu do Johannesburga. W Katowicach otrzymujemy bilet tylko do Monachium. Na lotnisku w stolicy Bawarii okazuje się, że po pokonaniu ok. 3 km pieszo docieramy do bramki H2, otrzymujemy bilet i od razu wsiadamy do dużego Airbusa 340 (250 miejsc na pokładzie). Czeka nas 10 godzin lotu i pokonanie 8,5 tys. km. Nocny przelot mija bez problemów. Każdy pasażer otrzymuje mały koc i poduszkę i można się „wyspać” w czasie lotu. Kolację otrzymujemy ok. północy, śniadanie o 7. W przerwie między kolejnymi „drzemkami” obserwuję niebo. Szczęśliwym trafem mam miejsce tuż przy oknie. Gwiazdy na wysokości 10 km świecą jakby jaśniej. Nagle gdzieś pod nami podejrzane błyski. Okazuje się, że to burza z piorunami. Jedyna okazja żeby na błyskawice popatrzeć z góry, a nie tak jak na ziemi z dołu. Bajeczny jest wschód słońca. Najpierw w ciemnościach widać poranną zorzę – smugę światła, a potem nagle w ciemnościach nocy ukazuje się  płonąca czerwienią szczelina, potem dwie. Na ich tle chmury tworzą fantastyczne kształty. Wreszcie całe słońce dosłownie strzela w nas swoim mocnym światłem. Tuż przed tą chwilą stewardesy zamykają okna by nie budzić jeszcze śpiących pasażerów. Jest wręcz niemożliwością popatrzeć na słońce w momencie wschodu. Zresztą później tak samo. Na tej wysokości powietrze jest tak rozrzedzone, że wszystko widać intensywniej.  Słońce wschodzi ok. 6.30, później niż u nas. Jesteśmy blisko równika i przez cały rok noce i dnie są prawie tak samo długie.

Ciekawy jest obraz Johannesburga z wysokości 10 km. Okazuje się, że już z tej wysokości widać, że w Republice Południowej Afryki obowiązuje lewostronny ruch na autostradach i drogach. Niebo nad samym miastem jest czyste, ale jeszcze trochę w porannej mgiełce (lądujemy o 9 rano). Wyraźnie widać regularne, nisko zabudowane osiedla, duże zakłady przemysłowe i hale supermarketów. Moją uwagę skupiają duże, równomierne kręgi na polach. Jest ich dość sporo, więc raczej nie lądowiska dla helikopterów. Przypuszczalnie pola, jakieś uprawy (z rozmowy późniejszej z Wackiem okazuje się, że tak są budowane systemy nawadniające pola, kręcące się wokół własnej osi – stąd ten kształt). Kiedy zniżamy lot zauważam boiska sportowe, ale zamiast bramek piłkarskich  wysokie tyczki. A więc boiska rugby lub futbolu amerykańskiego. Ziemia jest spalona – brązowa i  czerwona. Na autostradach można zauważyć korki, ale tylko w jedną stronę. Pokazują, gdzie w tym mieście dojeżdża się do pracy.

Samo lotnisko robi ogromne wrażenie. Ze względu na położenie na południowym cyplu Afryki jest portem tranzytowym dosłownie na cały świat. Różnokolorowy i różnojęzyczny tłum przewija się przez olbrzymie hale. Zauważam kilka pasów startowych. Nasze Pyrzowice wyglądają przy tym molochu jak mały piesek wobec słonia. Po przejściu, a jakże,  znów kilku kilometrów z podręcznym bagażem stoimy  przy bramce A23.  Moją uwagę skupiają trzy muzułmanki całkowicie od stóp do głów zakryte –  oczywiście na czarno. Tylko bardzo niewielka przestrzeń na oczy pozwala im poruszać się. Można się dziwić, myśląc  europejskimi kategoriami narzekać na dyskryminację kobiet, ale można też podziwiać wierność religijnej i kulturowej tradycji. Jakie oburzenie ostatnio wywołał wyrok sądu w Niemczech zakazujący obrzezania małych chłopców w imię poszanowania wolności religijnej. Nie tylko ze strony Żydów czy muzułmanów, ale także katolickich biskupów. Można niedługo zabroni się nam chrzcić niemowlęta, by nie decydować o ich przynależności religijnej?

Na lotnisku w Lusace stolicy Zambii czeka na nas bardzo uradowany Wacek. Lotnisko o wiele mniejsze niż to w Johannesburgu. Po wyjściu z autobusu wita nas tutejszy zespół zespół ludowy z instrumentami, tańcem i śpiewem. Po załatwieniu formalności (m.in. podwójna wiza umożliwiająca także wjazd do sąsiedniej Botswany) doświadczamy Afryki pełną gębą. Jeden z nas musi jechać na pace, ponieważ przy kierowcy jest tylko jedno miejsce. Kilka stanowisk tutejszej policji drogowej (którą mijamy bardzo powoli) zupełnie nie reaguje na tę sytuację. Na początku jedziemy do domu księży fideidonistów (księża diecezjalni pracujący na misjach) w Lusace. Każdy z nich w Zambii może się tu zatrzymać na nocleg jeśli jest taka potrzeba. Wjeżdżając na podwórko spotykamy księdza Zenona Boneckiego z naszej archidiecezji. Towarzyszy mu Karolina, która przybyła tu na  trzymiesięczny pobyt w ramach wolontariatu misyjnego. Potem odwiedzamy siostry boromeuszki z Polski, które w Lusace prowadzą szkołę podstawową. Spotykamy s. Magdalenę ze Świętochłowic i s. Sarę z Łańcuta. Siostry częstuję nas ciastkami, które przypadają nam bardzo do gustu. My odwdzięczamy się cukierkami dla dzieci i „kieszonkową” szynką, która sprawia siostrom wiele radości.

Potem jedziemy do parafii Wacka i ks. Grzegorza Kaputa, gdzie młodszy – ks. Grzegorz – jest proboszczem. Ks. Wacek  po 17  latach na misjach (w 2009 roku) wyczuł, że Grzesiu aż tryska pomysłami, kreatywnością. Więc oddał mu przewodnictwo wspólnoty. Imponujące podejście!

Po dwóch godzinach jazdy dojeżdżamy do Namalundu Gorge (czyt. Gorć). W zaokrągleniu jest tu 1000 katolików rozsianych  także po 7 out station (zewnętrzne stacje duszpasterskie). Kościół w Namalundu robi na mnie ogromne wrażenie. Niezwykle solidna budowa, z dwoma wieżami, z dzwonami,  nowoczesnym oświetleniem, marmurową posadzką (to tutejszy materiał). Wnętrze przestronne, z porządnymi ławkami, pancernym tabernakulum, kamiennym ołtarzem. Kościół jest pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego. Jest też duży obraz Matki Bożej Częstochowskiej przywieziony przez ks. arcybiskupa Stanisława Nowaka, który odwiedził swego kapłana. Poprzedni proboszcz ks. Jan Kubisa pochodzi z archidiecezji częstochowskiej.