Wyruszamy na wędrówkę z Chorzowa, spod kościoła św. Jadwigi, wcześnie – o 4.00 rano. Niektórzy wstąpili do kościoła na chwilę modlitwy. Od 12 lat w naszym kościele w nocy z piątku na sobotę trwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Poza tym nasza świątynia w tych gorących dniach czerwca stanowi też miejsce ochłody, wytchnienia. Wczoraj temperatura na zewnątrz wynosiła 32 stopnie, a w kościele tylko 24. Żadna sztuczna klimatyzacja nie da tego, co stare, ceglane mury, ocieplenie i uszczelnienie okien.
Jedziemy w grupie – 42 świeckich i 3 kapłanów – oprócz mnie jest ks. Jerzy Walisko oraz franciszkanin konwentualny o. Fredi Frias Herrera z Peru. Ks. Jerzy poznał go w czasie pobytu w tym (egzotycznym dla nas) południowoamerykańskim kraju. Fredi przyjechał na trzy miesiące do Polski, zwłaszcza do Krakowa – do swojej macierzystej prowincji zakonnej. Jest pierwszy raz w Polsce i w ogóle Europie. Bardzo się ucieszył z propozycji wyjazdu do Włoch. Pielgrzymuje w habicie franciszkańskim – chyba jest przyzwyczajony do tropikalnych upałów. Trochę już poznał język polski, ale ma kłopoty z niektórymi nazwami (jako przykład podaje „Rondo Grzegórzeckie” w Krakowie). Porozumiewamy się przez internetowego tłumacza. Fredi należy do tego samego zgromadzenia co polscy męczennicy bł. Michał i Zbigniew, którzy zginęli w Peru w 1991 roku.
Dzisiaj jest zaplanowany przejazd do Włoch, ale o 11.30 zatrzymujemy się w Austrii – w przepięknym sanktuarium Narodzenia Matki Bożej w Mariatrost. Bazylika jest imponująca pod względem wielkości i artystycznego wystroju. Fasada utrzymana w tonacji biało-czerwonej, z dwiema wieżami. Nad wejściem cytat z Księgi Rut (1,8) w języku niemieckim: „Wróćcie każda do domu swej matki” – słowa Noemi do swych synowych Madianitek po śmierci ich mężów, a synów Noemi. Całe sklepienie wymalowane scenami z życia Maryi i niemal iluzjonistyczną ornamentyką. Ołtarze bocznych kaplic ozdobione kolumnami o różnorodnych kształtach. W jednej z nich – kącik dla dzieci z zabawkami, małymi krzesełkami, małą biblioteczką. „Przodem do klienta” – komentuje Basia. W innej bocznej kaplicy interesujący model tutejszego sanktuarium zbudowany z klocków lego w dość dużej skali.
Historia sanktuarium sięga XII wieku. Pierwszy kościół zniszczyli Turcy w 1480 roku. Obecną bazylikę budowano 32 lata i ukończono w roku 1746. Jakiś czas świątynią opiekowali się paulini, potem franciszkanie, a od 1996 roku księża diecezjalni. Imponujące są organy zwieńczone figurami Dawida z harfą i św. Cecylii z organami. Daszek nad ambonką aż kipi od aniołków w fantastycznych pozach. Wszędzie pełno złota. W ołtarzu głównym cudowna figura Matki Bożej Pocieszycielki. Ujmuje mnie tutejszy ksiądz, który otwiera nam zakrystię (kościół jest otwarty oczywiście i znów – ten przyjemny chłód po przekroczeniu świątyni). W pewnym momencie tłumaczy się i przeprasza, że wita nas w sweterku, a nie w ubiorze duchownego. Jeszcze zdarzają się tacy duchowni. Przeżywamy piękną Eucharystię rozpoczynając ją o 12.00 od modlitwy Anioł Pański. Zauważam piękną akustykę bazyliki. W prezbiterium ustawione są stopnie dla chóru, bo dzisiaj odbędzie się tutaj koncert. W sumie przebywamy w sanktuarium ok. 2 godzin. A potem już czterogodzinny przejazd do hotelu niedaleko Udinese. Kiedy wychodzimy z autobusu, wita nas nieprawdopodobny upał. Wiem z doświadczenia, że organizm musi się trochę przyzwyczaić, a niska wilgotnoć tutejszego powietrza pozwala znieść nawet takie gorąco.












