Jesteśmy na półwyspie Gargano, a więc na najbardziej na wschód wysuniętej „ostrodze włoskiego buta” (Italia – gdy spojrzymy na mapę – przypomina kształtem but z wysoką cholewką). Nocowaliśmy w pięknym hotelu o nazwie „Grand Hotel degli Angeli” (dosłownie: Wielki Hotel Aniołów). Wybieramy się dzisiaj do Monte Sant’Angelo. Obserwuję przyrodę – kiedy byliśmy pierwszego dnia na północy Włoch – zboża bielały na żniwo. Drugiego dnia zjechaliśmy bardziej na południe i widzieliśmy już puste ścierniska. Na półwyspie Gargano niektóre pola po żniwach były już zaorane. To też ogromne bogactwo tego kraju – różne strefy klimatyczne.
Sanktuarium św. Michała Archanioła znajduje się w miejscowości o nazwie Monte Sant’Angelo – „Góra Świętego Anioła”. Jest położone ok. 800 m n.p.m. i to nad samym brzegiem morza (na czubku „ostrogi”). Od 1996 roku świątynia jest pod opiekę polskich michaelitów. Szacunek wzbudza starożytność tego miejsca, które ma 1500 lat historii (od 490 r. po Chrystusie). Przed objawieniami tereny te były opuszczone. Dzisiejsze Monte Sant’Angelo rodziło się wraz z napływem pielgrzymów i rozwojem kultu św. Michała Archanioła. Święto wodza wojska anielskich w całym Kościele obchodzone jest 29 września. Tutaj mają dodatkową uroczystość 8 maja, traktowaną jako święto założenia miasta. Wszyscy – z władzami na czele – celebrują rocznicę objawień, nawet dzieci nie idą do szkoły.
Historia objawień rozpoczyna się prozaicznie. Pewnemu pasterzowi w pobliżu miasta Siponto gubi się jeden z byków. Znajduje go w grocie, klęczącego. Chce zwierzę zabrać ze sobą, ale ono opiera się. Chce go zabić ze złości, więc strzela z łuku, ale strzała zawraca i rani jego samego. Opowiada całą sytuację swemu przyjacielowi. Idą do biskupa Lorenzo, który zarządza trzy dni modlitwy i postu, aby rozeznać wolę Bożą – co Bóg chce nam przez to wydarzenie powiedzieć. Jako odpowiedź Boga objawia się mu archanioł Michał. Przekazuje, że Bóg wybrał to miejsce jako przeznaczone do okazywania Bożej łaski przez odpuszczanie grzechów i wysłuchanie modlitw tu zanoszonych. Bardzo to ogólne zlecenia, bo przecież zawsze i wszędzie można to czynić. Ale Pan Bóg ma swoją logikę działania. Są miejsca szczególne, gdzie oko Boże widzi lepiej, gdzie ucho Boga jest bardziej czułe – jak pięknie mówi ks. Grzegorz michaelita opowiadający historię sanktuarium. Bóg powoli, stopniowo się objawia – jak dywan, który się rozwija. Najbardziej odkrył się w Jezusie Chrystusie. „Idź w górę i wybuduj świątynię” – słyszy biskup Wawrzyniec i bardzo się dziwi. Bo w tej grocie była stajnia. I początkowo nie wypełnia prośby. Jest 492 rok. Całe miasto modli się i Pan Bóg przez modlitwę do św. Michała Archanioła pomaga mieszkańcom w pokonaniu przeważających sił wroga. Wtedy decydują się na budowę świątyni.
Bazylika św. Michała Archanioła zwana jest „Bazyliką niebiańską, ponieważ nigdy nie była konsekrowana – zgodnie z życzeniem św. Michała Archanioła. W połowie XVIII wieku zaraza zbliżała się do miasta. Biskup pisze modlitwę i wciska ją do ręki posągu w grocie. I Monte Sant’Angelo zostaje ocalone. Bardzo szybko sława sanktuarium rozprzestrzenia się na cały świat. W średniowieczu dominowały pielgrzymki do człowieka (np. Santiago de Compostela – do św. Jakuba), anioła (Monte Sant’Angelo) i do Boga (Jerozolima). Św. Franciszek, gdy tu pielgrzymował, czcił aniołów i nigdy nie wszedł do groty – zatrzymał się w progu. Przeczytał bowiem nad jednym z dwóch wejść łaciński napis (w moim tłumaczeniu) „Miejsce to budzi bojaźń Bożą, bo jest domem Bożym i bramą do nieba”.
Schodzimy do kościoła-groty po chyba 50-60 dużych stopniach. Wszystko jest wykute w skale. Pierwotna grota objawień była stale poszerzana. Ostatnim dziełem michaelitów (otwartym w 2000 roku) jest duża sala, której ściany są zbudowane z różnorodnych skał, a po przeciwnej stronie stoi szereg konfesjonałów. Jeden oświetlony – trwa ciągły dyżur „Bożego miłosierdzia”. To tutaj o. Grzegorz michaelita opowiada nam historię sanktuarium. Potem idziemy do groty objawień. Jej ściany są sczerniałe od sadzy kaganków i świec palonych tutaj przez wieki. Sprawujemy Mszę św. przy głównym ołtarzu. Fredi ma kazanie. Nawiązuje do burzy na jeziorze i śpiącego Jezusa. Nam się tylko wydaje, że On śpi w naszym życiu. On z nami jest zawsze. A im trudniej, tym więcej powinno być modlitwy i szturmowania nieba. Przez to pogłębia się nasza wiara. Fredi życzy nam, aby po pielgrzymce nasi bliscy widzieli, że na niej byliśmy, że inaczej, głębiej i mocniej wierzymy.
Na ścianach wisi mnóstwo wot. Istnieje tu zwyczaj, że obdarowany łaską Bożą za wstawiennictwem św. Michała Archanioła zwraca się do malarza i prosi o wizerunek przedstawiający uzdrowienie.
Po wizycie u Francesca – zakupach i degustacji w jego sklepie z regionalnymi produktami – idziemy do sanktuarium o. Pio. Z zakupów wspomnę tylko tzw. ostie ripiene. Są to słodkie migdały „obłożone” opłatkami. Ciekawe jest wyjaśnienie powstania tej delicji. Pewnej zakonnicy migdały wysypały się do miodu. Wpadła na pomysł, by wyławiać je przy pomocy opłatków je wyławiać. Na jednym położyła, a drugim przykryła migdały i powstała hostie ripiene (dosłownie „faszerowana hostia”). Chodzi oczywiście o komunikant czy opłatek, mówiąc naszym językiem .
Po południu idziemy do Padre Pio. Padre to nie jakiś szczególny tytuł znanego świętego. Po włosku to po prostu „ksiądz”. Często tutaj tak się zwracają do mnie, gdy widzą koloratkę.
O 15.00 jesteśmy umówieni z o. Romanem, polskim kapucynem. Niezwykle prosto, a zarazem barwnie, powiedziałbym – egzystencjalnie opowiada historię o. Pio i jego sanktuarium. Najpierw idziemy do pierwszego z trzech kościołów istniejących tutaj w związku z kultem o. Pio. XVI-wieczny kościółek Matki Bożej Łaskawej. To tutaj przez 52 lata żył, spowiadał, odprawiał Msze (ostanie 9 lat czynił to w większym kościele zbudowanym obok na potrzeby tysięcy ludzi, którzy tu przychodzili. Zasłynął jako wspaniały, gorliwy czytający w sercach ludzkich spowiednik. Wspaniały ojciec: po pierwsze dlatego, że miał autorytet i żył wartościami, które głosił. Po drugie – kochał swoich penitentów aż po oddanie życia. W konfesjonale siedział często od rana do wieczora po 16 godzin. Po trzecie (ciągnie swą opowieść o Roman) – stawiał wymagania. Nas też Pan Bóg też nas kocha i od nas wymaga. O. Pio to mistyk. Tutaj wychodził na Kalwarię. Widział w czasie Mszy Jezusa na krzyżu. Dwie godziny się przygotowywał. Gdy kazano mu w pewnym momencie odprawiać Msze o 5.00 Rano (by zmniejszyć liczbę pielgrzymów) o 3.00 Wstawał i się modlił. Ciągnęły do niego tłumy. O. Modest, ostatni żyjący świadek o. Pio, ma 97 lat. Wspomina, że towarzysząc o. Pio w czasie Mszy, modlił się tylko o jedno – żeby ją dokończył. Eucharystia o. Pio trwała dwie godziny, a po niej jeszcze pół godziny dziękczynienia. Pił potem kawę i szedł do konfesjonału. Były kolejki do jego konfesjonału. W latach sześćdziesiątych tworzono listy kolejkowe i trzeba było zapisywać się na dwa tygodnie wcześniej. Czasem spowiadał 150 osób na dzień. Obliczono, że w ciągu swego życia wyspowiadał minimum 2 miliony ludzi!
Miał stygmaty, które ukrywał. Kiedy w 1947 r. odwiedził go ks. Karol Wojtyła, przyznał się, że największy ból sprawia mu szósta rana – ta na prawym ramieniu. Widzieliśmy krzyż na chórze kościoła Matki Bożej Łaskawej, przed którym o. Pio otrzymał stygmaty. Lekarze oceniają, że w ciągu 50 lat utracił ok. 1000 l krwi. To nie jedyny fenomen dotyczący jego ciała. Od dzieciństwa był bardzo chorowity. Po święceniach zmieniał klasztory. Wreszcie trafił do zapadłej dziury, jaką było w 1916 roku San Giovani Rotondo („miejsce, gdzie wrony zawracają” – jak to określił humorystycznie o. Roman). Trawiła go całe życie gorączka nieznanego pochodzenia. Temperatura ciała dochodziła do 45 stopni. Lekarze byli bezradni wobec prób wytłumaczenia tego zjawiska. Normalny człowiek umiera w takiej sytuacji. Powołano go do wojska jako kapelana w czasie I wojny światowej. Był tam krótko, bo chciano mu zmierzyć gorączkę i zwykłe termometry pękały. Wzięto koński termometr i wskazał 52 stopnie. Szybko odesłano go do klasztoru, obawiając się jakiejś tajemniczej choroby.
Stale nosił i odmawiał różaniec, nawet w czasie spowiedzi. Mawiał, że Matka Boża niczego mu nie odmówiła. Kiedy w 1959 roku San Giovani Rotondo nawiedziła figurka Matki Bożej Fatimskiej, na zakończenie helikopter zabrał figurkę z lądowiska. O. Pio płakał i tęsknił za Matką Bożą. Jezuita będący pasażerem helikoptera dał świadectwo, że nie mogli się wznieść i od razu odlecieć, ale krążyli nad miejscowością. O. Pio był już wtedy bardzo schorowany i prosił Matkę Bożą, aby dała mu jeszcze pożyć i służyć ludziom. Maryja wysłuchała jego prośby. Żył jeszcze 9 lat. Osiągnął 81 rok życia. Nie lubił się leczyć. Kiedyś dwaj lekarze stali nad nim. Współbrat zapytał: „Ojcze, jak się czujesz?” Odpowiedział: „Jak mysz między dwoma kotami”. Humor towarzyszył mu przez całe życie. Chciał pomagać ludziom cierpiącym. Kiedy oświadczył braciom, że chce zbudować tu szpital, myśleli, że oszalał. Za jakie środki? Kto ma budować? Kto będzie leczył w tym szpitalu? Mnóstwo wątpliwości dotyczących tej niezwykłej propozycji. Ale on otwierał ludzkie serca i portfele. Dom Ulgi w Cierpieniu – tak nazwał swe dzieło. Nowoczesny szpital, dziś ciągle rozrastający się, stosujący najnowocześniejszą aparaturę badawczą. Znana jest historia pewnego lekarza z Bolonii. Jako młody lekarz przybył do o. Pio, aby się wyspowiadać. Ten po spowiedzi powiedział mu rozkazującym głosem, że powinien zostać tutaj w szpitalu. „Ale to niemożliwe! Muszę wracać do domu, do rodziny, do pracy” – powiedział lekarz. „Tu jest twoja praca. Powiem ci, dlaczego tutaj, z jaką intencją przyjechałeś. Bo modlisz się o dobrą żonę” stwierdził o. Pio. I dodał: „Jutro przedstawię ci twoją przyszłą żonę”. Kompletnie zszokowany nie był w stanie się oprzeć. I tak się stało, jak o. Pio powiedział. Następnego dnia poznał swoją żonę. Został w szpitalu tutejszym. Mieli 7 dzieci, z których jeden jest pracującym do dziś kapucynem w San Giovani Rotondo i daje świadectwo, że Pan Bóg podarował mu niezwykle dobrych, kochających się rodziców.
Giovani Rotondo odwiedzali wszyscy papieże od Jana Pawła II do papieża Franciszka. O. Pio przed śmiercią ofiarował swój szpital Watykanowi. Jest to teren eksterytorialny podlegający Stolicy Apostolskiej. Kiedy zwiedzamy poszczególne miejsca życia i posługi o. Pio, uderza sala z dużą ścianą z listami szczelnie upchanymi. O. Roman mówi, że to tylko listy z jednego roku (1964-1965). Co miesiąc w szczytowym okresie przychodziło ich 70 tys. Bracia oczywiście pomagali o. Pio je otwierać, czytać czy nawet odpowiadać. Niektórych kazał nie otwierać. Niektórzy byli zdziwieni, dlaczego akurat te. I skrycie zaglądali do nich. Okazało się, że o. Pio wiedział, że tam są „kargulowe” prośby: żeby wygrać w totolotka, żeby sąsiadowi podwinęła się noga, żeby ktoś stracił majątek itd.
Mijamy kolejne miejsca – a to zegar, który zatrzymał się na godzinie, w której zmarł o. Pio (tak do dzisiaj pokazuje czas). Schodzimy do krypty, gdzie do 2008 roku był pochowany. Potem wystawiono jego ciało pokryte silikonową maską do publicznej czci. Teraz na okres zimowy jego ciało przenoszone jest na kilka miesięcy właśnie w to miejsce. W okresie letnim jest w krypcie pod nową, zbudowaną w 10 lat na przełomie wieków.
Bazylika może pomieścić 6 tys. ludzi. 30 m głęboko wykuto w skale (na kryptę i inne pomieszczenia). W krypcie, która jest trzonem bazyliki, znajduje, się grób O. Pio. Z niego rozchodzą się potężne łuki układane na wzór rzymski bez zaprawy, kamień na kamieniu. Najmniejszy kamień ma 3 tony, największy 17 ton. Są położone tak, aby zabezpieczyć bazylikę na wypadek trzęsienia ziemi, które się tutaj zdarza.
Sanktuarium przebaczenia – tak podsumowuje swoje świadectwo o. Roman, kiedy siedzimy naprzeciw grobu o. Pio, który leży szklanej trumnie, w krypcie ozdobionej przepięknymi mozaikami. Mozaiki do krypty ufundował Kościół filipiński.
O. Pio ukochał spowiedź, bo w konfesjonale apostołował przebaczeniem. Jednemu penitentowi, który nie potrafił przebaczyć swojemu ojcu, kazał przez trzydzieści dni odmawiać „ Ojcze nasz” w zmienionej formule: „Nie odpuszczaj mi moich win, tak jak i ja nie przebaczam”. Tylko 4 dni wytrzymał. Przyszedł ponownie do o. Pio – już skruszony. Przebaczenie jest potrzebne tobie, a nie winowajcy. Trzeba też nauczyć się wybaczać samemu sobie. I to czasem jest najtrudniejsze.



















