Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Dzieje się... Pielgrzymka Apulia 2026

Pielgrzymka Apulia 2026 – dzień 5

O 8.00 wyjeżdżamy z San Giovanni Rotondo. Przynajmniej ja jestem zafascynowany o. Pio. Sposób, w jaki przedstawiał nam go o. Roman, fakty z jego życia, przeżywanie Eucharystii, miłość do Chrystusa ukrzyżowanego, ten niesamowity dar czytania w ludzkich sercach – są absolutnie wyjątkowe. To ogromny dar dla Kościoła i ludzkości. Jestem tu już kolejny raz. O. Romana słuchałem już dwa lata temu, ale za każdym razem jego opowieść porusza moje serce.

Dziś jedziemy do Apulii (dosłownie „sucha ziemia”). To rejon bardzo ubogi. Kiedyś pieczono tutaj ogromne bochny chleba, który potem dzielono między członków szeroko rozumianej rodziny. Zwyczaj utrzymał się do dziś. W Monte Sant’Angelo widzieliśmy takie bochenki wystawione na zewnątrz i – o dziwo – naruszone. Właściciele piekarni reklamują jakość swego wypieku. Każdy może sobie ułamać kawałek. Apulia słynie ze swoistej kuchni, co podkreśla jej znawczyni – nasza pilotka, pani Agnieszka. To specyfika całej Italii. Tylku tu rosną niektóre rośliny. Przykładowo – orecchiette alle cime di rappa (makaronowe uszka z dziwnym brokułem na wysokiej nóżce czyli rzepą brokułową) albo orecchiette con ragú di braciole (wspomniane uszka z suszonymi pomidorami). Tutaj królują frutti di mare (owoce morza) –  kalmary, małże, krewetki itd. Można kupić kanapki z ośmiornicą albo podsmażane ośmiornice serwowane w rożku. Kupiłem taki rożek w Bari. Było w nim 7-8 niewielkich nóżek ośmiornicy w skromnej panierce. Pychota! Ale po zjedzeniu trzech lub czterech poczułem taką sytość, że chętnie się podzieliłem pozostałymi . „Przecież to samo białko” – skomentowała Grażyna. Jedzą także i oferują surowe owoce morza (rano rybacy łowią i to, co złowią jest przeznaczane do konsumpcji), np. jeżyki – ricci di mare – otwierane i wypijane na surowo Liście opuncji pieką na patelni.

Takie jedzenie wynikało z biedy. Kuchnia śródziemnomorska to ok. 300 rodzajów makaronów (może stąd nasze określenie na Włochów „makaroniarze”?). Ciekawostka -spaghetti alla bolognese – dla Włochów nie ma takiej potrawy! Są tagliatelle z sosem bolońskim (bo ten typ makaronu jest płaski i sos boloński może się na nich „trzymać”). W północnych rejonach – Piemont, Lombardia – dominuje ryż (po mediolańsku risotto czyli z najdroższą przyprawą – szafranem). Polenta – z kukurydzy. Ci z południa mówią o tych z północy „zjadacze polenty” – kaszki z mąki kukurydzianej.

W stolicy regionu – w Bari wysiadamy tuż obok bazyliki papieskiej św. Mikołaja. Uderza biel domów i całej starówki Bari. Biel – bo ten kolor jest najodpowiedniejszy na tutejsze słońce. Kiedy wędrujemy uliczkami starówki, to tak jakbym chodził po Jerozolimie. Biel tych domów, wąskie uliczki, kamienne bruki ulic. Domy są wąskie i wysokie, niczym wieże. Miało to też charakter obronny. Na parterze ciągle świeci się światło, bo nie ma okien, tylko wejście. Są stare – niektóre sięgają XIII wieku. Pootwierane. Nasza przewodniczka lokalna mieszkająca w Bari (ale w nowej dzielnicy) – pani Ania podkreśla, że można zaglądnąć do środka. Mieszkańcy siedzą na krzesłach, leżakach przed domem, tym bardziej, że wędrujemy w czasie sjesty (mniej więcej od 10.00 do 13.00), kiedy jest największy upał. Wszędzie pachnie „praniem” porozwieszanym na balkonach, po którym można poznać płeć i wiek mieszkańców. Kiedy o tym mówi pani Ania, stoimy przy suszarce z bielizną. Mijamy Plac Morelowy związany z zakochanymi, którzy gromadzą się tutaj 14 lutego. Ciekawy jest Łuk Magiczny łączący dwa balkony z naprzeciwka. Legenda głosi, że łączył kochanków, którym nie pozwolono na ślub. Ale bliższa prawdy jest teoria, iż łuk jest wzmocnieniem obu budynków na wypadek trzęsienia ziemi. Podobne łuki są wewnątrz katedry. O ile jeszcze łuk tęczowy jest obecny w różnych kościołach, to łuki w nawie widzę pierwszy raz.

Idziemy oczywiście słynną „ulicą makaronów”. Na zewnątrz panie robią różne makarony, suszą je na słońcu, sprzedają. Tu makaron robi się z mąki i wody, bez jajek. Był kiedyś pokarmem ubogich  – suszony można długo przechowywać i łatwo przygotować do konsumpcji. Na ulicach starówki w Bari jest ok. 250 małych kapliczek. Świadczą o pobożności mieszkańców (bardziej kiedyś niż dzisiaj), ale w czasach, kiedy nie było elektryczności, te kapliczki oświetlone jakąś świeczką stanowiły punkt orientacyjny w ciemnościach.

Zwiedzamy najpierw bazylikę św. Mikołaja. Tutaj w krypcie z jego relikwiami będziemy mieli Mszę św. o 13.00. Kiedy wchodzimy, zaskakują nas śpiewy prawosławne. Trwa liturgia bizantyjska. Św. Mikołaj jest patronem Rosji. Władimir Putin ufundował jego okazały pomnik na placu przed bazyliką. Kościół jest monumentalny. Uderzają „balkony” – prawdopodobnie w dawnych czasach matroneum, czyli miejsca dla kobiet. W prezbiterium za baldachimem nad ołtarzem okazały pomnik królowej polskiej, Włoszki Bony Sforzy. Była 30 lat (1518-1558) żoną króla Zygmunta Starego, a matką Zygmunta Augusta. Ma typowo renesansowy nagrobek. Królowa klęczy pobożnie na swoim sarkofagu, a pod nim dwie postacie kobiece – być może personifikacja Rzeczypospolitej. Obok św. Mikołaj patron Bari i św. Stanisław patron Polski. Królowa zmarła tutaj otruta przez swego przyjaciela Wawrzyńca, prawdopodobnie z powodu majątku.

Bazylika jest romańska (ach te wszechobecne łuki półpełne, które tak dominują w naszym jadwiżańskim kościele). Wyzłocony drewniany sufit (u nas w Chorzowie mniej tego złota, nie tak bogato). Fasada zewnętrzna prosta. Portal flankują dwa dziwne woły, bo pozbawione rogów. To pamiątka przewiezienia relikwii św. Mikołaja z Myry, skąd zostały wykradzione, a woły ciągnęły wóz z relikwiami. Mieszkańcy Bari je wykradli, a kiedy mieczami rozbili sarkofag, wypłynęła z niego ciecz, którą nazywają „manną”. Badania wykazały, że jest to krystalicznie czysta woda. Różne są interpretacje tego zjawiska. Dla mieszkańców Bari to oczywiście cud Świętego, który ukształtował ich tożsamość. Ponieważ do dzisiaj niewielka ilość tej manny wypływa z sarkofagu, można ją nabyć w sklepiku z dewocjonaliami. W ciągu dziejów także Wenecjanie weszli w posiadanie relikwii św. Mikołaja. Kiedy wybuchł spór, kto ma autentyczne, okazało się, że i jedne i drugie są kompatybilne (mówiąc językiem informatyki), a więc pochodzą z jednego szkieletu z tym, że Bari ma większość kości św. Mikołaja. Mieszkańcy dzisiaj nie są pobożni, ale wszyscy czczą św. Mikołaja, nawet nie praktykując wiary. Św. Mikołaj był biskupem, a więc powinien być przedstawiany z mitrą, a nie z tą czapką przypominającą nakrycia trzech króli z mozaiki w kościele Sant’Apollinare Nuovo w Rawennie.

Idziemy także obok kościoła św. Sabina, tutejszego biskupa. Pani Ania zwraca uwagę na okazałą rozetę na fasadzie. Została tak ustawiona przez budowniczych, że w jeden dzień roku (jest to początek lata – 21 czerwca ok. godz.17.10) słońce pada na posadzkę, nakładając się idealnie na wykutą, mozaikową rozetę na niej. – „Spóźniliście się” żartuje nasza przewodniczka. Rozety – ta na fasadzie i ta na posadzce – mają 18 segmentów idealnie w czasie tego zjawiska się pokrywających. Trwa to oczywiście tylko kilka minut. Słońce dalej „wędruje”’. Dokonuje się to z matematyczną precyzją, a samo zjawisko jest badane jako dawny kalendarz astronomiczny (zdjęcia obu rozet przesyłam w załączeniu). Zjawisko gromadzi tłumy mieszkańców i turystów.

W ramach czasu wolnego idę do katedry św. Sabina na chwilę modlitwy i zrobienie zdjęć m.in. rozety w posadzce. Tutaj też jest krypta. Bardzo ciekawa, z mnóstwem filarów i obrazem Madonny z Dzieciątkiem w głównym ołtarzu.