Msza św. (ze względu na święto w Materze) dzisiaj w Bisceglie, gdzie śpimy. Kościół budujący się w parafii Matki Bożej Gwiazdy Morza (Stella Maris) oddalony jest od hotelu parę minut drogi. Proboszcz Francesco wita nas niezwykle serdecznie. W zakrystii, która jest jednocześnie kancelarią, przebieramy się do Mszy. Sprawujemy Eucharystię w tymczasowej kaplicy, ale przyjemnie przewiewnej, z dużymi wentylatorami. Po Mszy oczywiście jesteśmy częstowani kawą i ciasteczkami, a ja i Fredi otrzymujemy w darze piękne stuły, w których koncelebrowaliśmy. To przejaw typowej gościnności Apulijczyków i w ogóle ludzi na południu Włoch.
Dzisiaj zwiedzamy „miasto w skale” czyli Materę. Rozsławił ją m.in. Mel Gibson kręcąc tutaj większość scen swojej słynnej „Pasji”. Droga krzyżowa Jezusa została nagrana właśnie na wijącej się w górę drodze ze 170 stopniami. Zdjęcia do filmu trwały 3 miesiące. Kiedy reżyser przyjechał do Matery w związku z nowym filmem – „Pasja 2 cz. Zmartwychwstanie” – został tylko dwa dni. Przez ostatnie 20 lat Matera bardzo się zmieniła – podrożała, rozbudowała, bardziej zasiedliła i tym samym zniechęciła Gibsona do realizacji zdjęć do filmu poświęconego drugiej części Triduum Paschalnego. Ale od początku.
Matera ma długą historię, sięgającą tysięcy lat. Może dlatego, że pierwotni ludzie zamieszkiwali groty. Do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Sassi (czyli starówka Matery – dosłownie „kamienie”) było zasiedlone przez ludzi bytujących w warunkach urągających dzisiejszemu pojęciu higieny. Mieszkali razem ze zwierzętami, z ich odchodami (jako cennym nawozem), utrzymywali się z rolnictwa i drobnej hodowli. Warunki były tak skandaliczne, że uchwałą parlamentu włoskiego w 1952 roku całe Sassi zostało wysiedlone, a mieszkańcy umieszczeni w mieszkaniach socjalnych. Od 1986 roku jest jednak na nowo zasiedlane. Obecnie mieszka tu z własnej woli około tysiąca osób. Pierwotne jaskinie zostały poszerzone, obudowane. Obecnie Matera przeżywa swój rozkwit. Sassi zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miasto położone jest na wzgórzach. Jak humorystycznie mówi nasz znakomity przewodnik lokalny – Antonio – „tutaj można pogłaskać kominy nie wchodząc na drabinę”. Antonio jest Włochem, a właściwie „Materyjczykiem” z Bazylikaty (Matera nie należy administracyjnie do Apulii, lecz do sąsiedniego rejonu). Urodził się w Materze, ale w jej nowej części. Jego dziadkowie żyli w Sassi, w tych skałach. Mieli 17 dzieci, z których przeżyło 8. Wysoka śmiertelność niemowląt, dzieci, szerzące się choroby to też był argument przemawiający za wysiedleniem Sassi. Antonio ma żonę Polkę – Magdalenę, która użyczyła swego głosu do audioguida w Casa Cisterna czyli w grocie, gdzie usłyszeliśmy o życiu „miasta w skale”. Antonio żartuje – „Nawet w pracy słyszę głos żony”. Dzięki żonie zmobilizował się i w ciągu dwóch lat nauczył tak dobrze języka polskiego, że może oprowadzać polskie grupy. Jest ich coraz więcej w Materze, więc pracy mu nie brakuje.
Trafiliśmy na szczególny czas w Materze – przez cały rok wszyscy czekają tu na 2 lipca. Dziś jest święto miasta: „Fiesta Madonna del Bruna”. Zaczyna się już od 3.00 w nocy – Msze św., procesje, barwne korowody. W centrum tysiące ludzi. Obserwujemy korowód rycerzy w błyszczących zbrojach, nawet dzieci jadą tak ubrane. Potem trzeba uważać na końskie łajno, którego nie brak na ulicach. Mamy też to szczęście widzieć główną „bohaterkę” fiesty – posąg Madonny na specjalnej platformie-rydwanie, która przejeżdża w towarzystwie biskupa. Ciekawa tradycja. Posąg otacza kilkudziesięciu „strażników” – młodych mężczyzn, którzy mu towarzyszą. Po zdjęciu Madonny z platformy toczy się dosłownie bitwa o każdy kawałek platformy. Jest najcenniejszą pamiątką fiesty. Czasem skutkiem tej walki jest 8-10 rannych ludzi potrzebujących pomocy lekarskiej, poranionych w czasie przepychanki. Ale to następuje dopiero wieczorem, po zakończeniu fiesty. Przypomina trochę nasze precesje Bożego Ciała i zabieranie przez wiernych gałązek brzozowych do domu. Główne ulice miasta i budynki są przyozdobione świecidełkami, bramami, girlandami, które wieczorem tworzą bajkową atmosferę. Zakończeniem fiesty jest oczywiście imponujący pokaz sztucznych ogni. Antonio pokazuje nam miejsce, na które udaje się z żoną na pokaz późnym wieczorem.
Jest dzisiaj wyjątkowy upał, ale wędrujemy po Materze – w górę, w dół, w górę, w dół. Antonio pokazuje nam czerwony krzyż na ścianie – pamiątkę po jednej z siedmiu bram starówki (ostała się jedna). Zatrzymujemy się przy małym domku i patrzymy na rynnę. Nie byłby w niej nic dziwnego, gdyby nie to, że haki są z kości różnych zwierząt. Niektórzy mieszkańcy urządzali nawet cmentarz w suficie. Był tam do niedawna. Obecnie kości przeniesiono do muzeum, a miejsca grobów oznaczono specjalną wylewką. Pod tym cmentarzem mieszkali kiedyś ludzie. Widzimy te dawne mieszkania – groty poustawiane jedne na drugich. Obecnie hotele proponują noclegi w grotach, ale trzeba się zgodzić na brak okna (groty nie mają okien).
Mijamy sklepik z „cuccù” – gwizdkami ceramicznymi różnej wielkości, charakterystycznymi tylko dla tego miasta. Mają znaczenie symboliczne, gdy chłopak oświadcza się dziewczynie. Im cenniejszy gwizdek jej ofiaruje, tym bardziej kocha. Podobne gwizdki zobaczyliśmy na stoisku przed katedrą w Gravina in Puglia po południu. Tutaj nazywają się „cola cola” i nie są związane z miłością chłopaka i dziewczyny.
Cała Matera wykuta jest i zbudowana z wapienia. Także na ulicach, schodach go pełno (trzeba uważać żeby się nie pośliznąć, zwłaszcza po deszczu). Wczoraj była tu burza i są miejsca, z których woda jeszcze nie wyparowała, mimo gorąca. Brak wody to wielki problem tych stron. Królowa Bona wyświadczyła wielkie dobrodziejstwo mieszkańcom Bari fundując im 12 studni – cystern. Nieprzypadkowo też „muzeum” dawnego życia w Sassi nazywa się Casa Cisterina. Zbieranie wody to problem całej Apulii. Wszak sama nazwa „Apulia” oznacza „ziemia bez deszczu”. Kiedy patrzymy na groty, mieszkania poustawiane jedne na drugich, od razu widać, które są zamieszkałe. Poznajemy to po balkonach z praniem. Matera trochę mi przypomina Toledo w Hiszpanii, kiedy zatrzymaliśmy się na tamtejszym punkcie widokowym i kontemplowaliśmy domki poustawiane jedne nad drugimi. Tutaj też El Greco miałby niezliczone inspiracje do przedstawiania swego miasta.
Podstawową sprawą dla przeżycia w tym mieście było zbieranie wody deszczowej. Niezliczone cysterny, rynny, które wykorzystują każdy dach, by napełniać zbiorniki. Coś podobnego widziałem w Tanzanii w Afryce, gdzie problem braku wody jest jednym z najważniejszych. Nawet w czasie pobytu w Casa Cisterna puszczają nam wodę, która rynnami płynie do cysterny. W Casa Cisterna widzimy narzędzia, którymi się posługiwano, naczynia, garnki (w Materze jest pomnik wytwórcy garnków). Na starej fotografii przedstawiono jak osiołek obraca kamień młyński, by zmielić zboże. Obok żłoby dla zwierząt, a zaraz za nimi łóżko z materacem wysłanym suchymi liśćmi kukurydzy. Nieopodal „aneks kuchenny”. Większe i mniejsze sierpy, które są eksponowane, znane mi są z dzieciństwa i młodości. Daleko nam było w Bobrownikach do tutejszych warunków, ale niektóre elementy ich codzienności są mi bliskie. Antonio kilka razy podkreśla, że było tu biednie, ale była „vicinato” – tzn. wspólnota sąsiedzka, wzajemna pomoc, troska o tych z sąsiedztwa. Był czas na budowanie więzi, spotykanie się, wzajemne relacje. Dzisiaj – w dobie internetu, smartfonów tego często brakuje.
W czasie sjesty w małej kawiarence przy głównym placu delektujemy się „la crema il cafe” – zmrożona kawa w formie granity. W upale lepiej mi smakuje niż lody. W kawiarence – barze jest parę krzesełek. Łatwiej o miejsce, bo w tym momencie wszyscy są na zewnątrz, by zachwycać się barwnym korowodem rycerzy, postaci historycznych w niesamowicie błyszczących strojach. Na końcu delektujemy się mozzarella di bufala – serem z mleka bawolego, który ma bardzo krótki termin ważności, podkreśla nasza pilotka Agnieszka. Kupuje się go w workach foliowych z „serwatką”. Nie mogę go konsumować w sklepie (tej wody się trzeba pozbyć), ale sympatyczna sprzedawczyni, widząc moje łakome spojrzenie, proponuje: „aprire?” ze znaczącym gestem przecięcia woreczka foliowego. Jeszcze pyta, ile osób będzie konsumowało i daje patyczki, by przepyszne, zdrowe sery (mleko bawolic jest lepsze od krowiego, mniej tłuste) nabijać tymi patyczkami i jeść.
W Materze jest upalnie, ale zbliżając się do następnej miejscowości – Gravina in Puglia wjeżdżamy w burzę. Agnieszka sieje małą panikę – „będzie zimno” I rzeczywiście, po wyjściu z autobusu odnotowujemy tylko 24 stopnie. Pa Gravinie oprowadza nas Izabela. „Skądś księdza znam” – uważnie patrzy mi na twarz. „Czy ksiądz kiedyś nie prowadził rekolekcji oazowych w Istebnej? „Oczywiście” – odpowiadam. „Twarz ta sama, tylko włosy się trochę zmieniły” – mówi nasza pełna humoru przewodniczka w Gravinie i – okazuje się – także w Alberobello.
Nazwa Gravina pochodzi od dwóch słów wiele mówiących o tutejszych mieszkańcach. „Grani” to ziarna, „vino” to wino. I połączenie Gra – vina. Także w herbie miasta jest snopek zboża i winorośl.
Gravina to całkowite przeciwieństwo Matery, gdy chodzi o komfort spacerów. Jest równa jak stół. A poza tym jest tuż po burzy, więc zupełnie inaczej wędrujemy, nie szukając ciągle cienia. Jest też Gravina Stara, którą obserwujemy z tarasu widokowego – groty, domki, parę kościółków, kaplic. Łączy obie części miasta słynny most nad potokiem Gravina (w Apulii nie ma rzek) uwieczniony w filmie z agentem 007 Jamesem Bondem – „Nie czas umierać”. Zarazem jest to akwedukt (zresztą zewnętrznym wyglądem go przypomina).
Gravina żyje jedyną osobą, która ją rozsławiła – papieżem Benedyktem XIII. Urodził się tutaj w 1650 roku. Zatrzymujemy się przy tablicy na pałacu, w którym przyszedł na świat. Należał do znanej, bogatej rodziny Orsini. Wcześnie wstąpił do dominikanów. Prowadził skromne, pobożne życie (ma też tytuł sługi Bożego), ale wola rodziny była inna. Został dość szybko biskupem i kardynałem w wieku 22 lat. Przez 52 lata uczestniczył w 6 konklawe (rekord do dzisiaj nie pobity), a na tym szóstym, po dziewięciu tygodniach sporów między różnymi frakcjami, został wybrany na papieża jako kandydat kompromisowy. Wzbraniał się, ale pod wpływem generała dominikanów przyjął posługę. Papieżem był 6 lat – do 1730 roku. Zasłynął jako wielki dobroczyńca Graviny. Fundował wiele instytucji np. bibliotekę, kościoły, wiele z nich odnowił. Troszczył się o ubogich, przekazując ogromne sumy na ich potrzeby. Założył lokalną akademię i przyczynił się do rozwoju edukacji w rejonie. Jego okazały pomnik zdobi plac przed katedrą Wniebowzięcia NMP. Dochodząc do niej zatrzymujemy się przed kościołem z ciekawą fasadą nawiązującą do śmierci i modlitwy za dusze w czyścu cierpiące. Z obu stron portala na ścianie widnieje ozdobiony czaszką łaciński napis: „Quod tu es ego fui, tu eris quod ego sum” (co znaczy: Kim ty jesteś, ja byłem, ty będziesz tym, kim ja jestem”) – napis taki spotkałem też w Rzymie nad wejściem na cmentarz czaszek przy kościele kapucynów przy Piazza Barberini.
Katedra jest piękna, trzynawowa. Z romańskich początków z XI wieku zachował się tylko łuk nad boczną nawą. Wiele bocznych ołtarzy ozdobionych kolorowo poukładanymi marmurami, granitami, lapis lazuli. W prezbiterium – co ciekawe – ogromne organy. Pod nimi stalle chórowe na modlitwy kanoników.
Pani Izabela dzieli się z nami wiedzą na temat oliwek. Apulia produkuje 55% oliwy w Italii. Oliwki są różnego rodzaju, ale najważniejsze (żeby zawierały cenne polifenole) muszą być po zbiorze jak najszybciej (do 24 godzin) przetworzone. Później tracą swoje dobre właściwości. W zależności od jakości zbioru, potrzeba 4 do 8 kg oliwek, by uzyskać 1 litr oliwy. Jak rozpoznać dobrą oliwę? Jeśli drapie w gardle, to jest wysokiej jakości. Jeśli nie, jest nic nie warta. Czasem robią oliwę z masy, która pozostaje po wytłoczeniu. To największa trucizna. Jest m.in. w croissantach, które można kupić w Polsce.
W Apulii organizuje się święta różnych lokalnych produktów. W jednym mieście jest święto czereśni w czerwcu, w innym święto cebuli. Chodzi o tę czerwoną, która nie wyciska łez przy krojeniu. Każde miasto dba o swój wizerunek i chce przyciągać turystów swoją specyfiką. „Sprzedaje” to, co ma najlepszego.



















