Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Dzieje się... Pielgrzymka Apulia 2026

Pielgrzymka Apulia 2026 – dzień 7

Jedziemy do Polignano a Mare – miasteczka, w którym urodził się piosenkarz Domenico Modugno (1928-1994). Piosenką „Volare” czyli „latać” (właściwie „Nel blu dipinto di blu” – „Niebieskie pomalowane na niebiesko”) wygrał w 1958 roku festiwal w San Remo (zresztą wygrywał tam 4 razy). Potem mieszkańcy Polignano trochę obrazili się na niego, bo zaczął śpiewać w dialekcie sycylijskim, jednak postawili mu okazały pomnik nad morzem. Domenico stoi na nim z rozłożonymi rękami, tyłem do morza. Wygląda tak, jakby przybywał na nowo do rodzinnego miasta i chciał wyjednać sobie przebaczenie przebojem, który został przetłumaczony na ponad 60 języków świata. Do pomnika dochodzi się małą promenadą. Na dużych płytach kamiennych, służących jako ławki, wykute są słowa jego ponadczasowego szlagieru.

Gęsto upchane białe domy Polignano wzniesione są na stromych klifach. Miasteczko słynie z Lama Monachile – urokliwej plaży wciśniętej między dwa skaliste brzegi. Pięknie ją widać z zabytkowego Mostu Burbonów. Plaża jest kamienna, ale to najmniejszy problem tego niezwykłego miejsca. Nazwa plaży nawiązuje do mnicha – pustelnika, który tu kiedyś żył, karmiony rzez rybaków.

Wchodzimy do małego miasteczka przez bramę, kiedyś zwodzoną. We wnętrzu bramy u góry znajduje się kwadratowy otwór. Kiedyś był tam umieszczony worek z kamieniami. Jeśli jakiś pukający do bram miasta nie podobał się strażnikom, spuszczano na niego te kamienie. Polignano jest tak małe, że można je przejść dosłownie w 10 minut. Oczywiście chodzi o starówkę ograniczoną klifami. Wchodzimy na trzy tarasy widokowe. Pani Ania, nasza przewodniczka po Polignano (ta sama, która oprowadzała nas po Bari) uświadamia nam, że dzisiaj morze jest wzburzone – fale na jeden, dwa metry wysokości. Gdy jest spokojne, właściciele małych łódek i motorówek oferują rejsy z możliwością kąpieli na otwartym morzu. Dzisiaj morze jest puste, a bywa tutaj 300 łódek w spokojniejszym czasie. Silny wiatr sprawia, że musimy trzymać nasze kapelusze. Ja mam fajny kapelusz na sznurku. Jakby chciał mi odlecieć, to razem z moją głową. Stajemy na małym ryneczku (piazza). Ania pokazuje nam zegar na budynku. Jest dokładny tylko dwa razy w ciągu dnia (gdy się go nakręca). Nad zegarem figurka patrona miasta św. Wita i wykuta w skale krótka modlitwa. Wit był synem Rzymianina w czasach Dioklecjana. Ojciec oddał go na pod opiekę pedagogów, którzy okazali się chrześcijanami. Wit także – pod ich wpływem – został chrześcijaninem. Gdy ojciec się o tym dowiedział, robił wszystko, by odwieść syna od wiary. W tym czasie zachorował syn cesarza Dioklecjana i ten miał obiecać, że jak Wit go uzdrowi, to ocali swoje życie. Wit wyprosił u Boga uzdrowienie dla cesarskiego syna, ale cesarz nie dotrzymał słowa. Wit poniósł śmierć męczeńską. Jego piękna figura znajduje się w kościele Matki Bożej Wniebowziętej, gdzie sprawujemy Eucharystię. Jest na platformie, w złoconym obramowaniu, swego rodzaju baldachimie.

Dzisiaj, w święto św. Tomasza Apostoła, jestem głównym celebransem. Siadam na wspaniałym, ozdobnym miejscu przewodniczenia i – o dziwo – nie sięgam nogami podłogi. A tak mnie zawsze bawią nasi ministranci w św. Jadwidze, dla których kilku krzesłom nawet skróciliśmy nogi.

Wszędzie – na ścianach, schodach widzimy wypisane mądre sentencje znanych ludzi, np. „Życie jest jak lusterko, uśmiechaj się do niego, a ono uśmiechnie się do ciebie” (Jim Morrison z grupy rockowej The Doors) albo „Słowo jest skrzydłem dla ciszy” (Pablo Neruda – poeta chilijski). Albo też: „To miejsce zostało stworzone przed rajem” (Mark Twain – pisarz amerykański). Miasteczko jest wyjątkowo urokliwe. Widoki z tarasów rzeczywiście „zapierają dech w piersiach”. Fale morza – dziś nieco wzburzonego – rozbijają się o klify i mienią wszystkimi odcieniami błękitu. Klify są poszatkowane różnymi grotami, wgłębieniami. Do niektórych grot wyżłobionych w klifie można przy spokojnym morzu wpłynąć.

Kolej na bajeczne Alberobello. Niektórzy tłumaczą nazwę miasta dosłownie – „piękne drzewo”, ale właściwie – wyjaśnia nasza przewodniczka Izabela – „drzewo, do produkcji broni”. „Belli” to w nazwie miasta oznacza wojnę – „drzewo na wojnę”, czyli na strzały, łuki, kusze. Miasto znane jest przede wszystkim z trulli – wyjątkowych, tylko tu spotykanych kamiennych stożkowatych domków. Były budowane na sucho, bez zaprawy murarskiej. Gdy pewien książę w XVI wieku wymyślił biednym tutejszym mieszkańcom podatek od nieruchomości, trulle pozwalały na szybki demontaż. W momencie, kiedy przybywał poborca podatkowy, stożki tych trulli były szybko demontowane i pozostawała tylko kupa kamieni. W ten sposób obchodzono nakaz królewski. Te urocze wierzchołki zwane pinaklami (tak jak sterczyny w gotyku czy w naszej jadwiżańskiej monstrancji) są bardzo różnorodne. Czasem kulki, często miski, niekiedy stożki. Na dachach trulli są czasem wapnem malowane symbole chrześcijańskie (np. krzyż lub IHS) ale też znaki zodiaku. Co roku te wapienne napisy muszą być odnawiane. Domki budowane są z podwójnych ścian wypełnianych piaskiem lub kawałkami kamienia pozostałymi z obróbki kamieni. To zapewnia elastyczność, a zarazem pełni funkcję izolacji. Charakterystyczne stożki uzyskiwane są z przygotowanych kamieni długości 45-50 cm wydobywanych często z cystern na wodę. Pełnią rolę dachówki, podobne do naszego łupka. Drążono cysterny, a jednocześnie zyskiwano budulec na domy. Układane są w ten sposób, że każdy następny rząd jest lekko przesunięty do środka tak, aby na szczycie były coraz mniejsze kręgi, a wieńczone są wspomnianym pinaklem. Nie ma zaprawy i nie ma belkowania czy więźby dachowej. Jeśli gdzieś potrzebne były belki, to tylko jako rusztowania. Stawiano je na ścianach pionowych, a potem wykorzystywano jako sypialnię. Rozściełano siano i chłopcy tam nocowali, a dziewczyny z mamą na dole. Najstarsze trulle sięgają 1480 roku. Co sto lat dachy muszą być przekładane, ze względu na kruszenie się kamienia. Dzisiaj robi się to nawet co 20 lat. Podobnie budowane są murki między posesjami, które pełnią także funkcję murów ogniowych. W latach 60-tych ubiegłego wieku to miasteczko zostało zupełnie wyludnione – jak Matera. Każdy, kto przyjął nowe mieszkanie socjalne z wszystkimi wygodami, musiał zrezygnować z prawa własności do starego mieszkania. Przez kilkanaście lat.

Stare Alberobello było zupełnie puste. Urząd miasta przekopał całe osiedle, podprowadzono wszelkie media, wodę, prąd itd. i na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zaczęto je z powrotem zasiedlać. Każdy, kto chciał wrócić do swej ojcowizny, musiał wykupić swoje trullo. Każdy, kto wtedy wykupił za niewielkie pieniądze te prawa, dziś jest super zadowolony. Kto tego nie uczynił, dziś „gryzie się ze złości” (pani Iza wykonuje gest jakby chciała zjeść swoją rękę), jest wściekły na samego siebie, bo porzucił kurę znoszącą złote jajka.

Dzisiaj to najczęściej odwiedzane miasto w Apulii (ok. 2 mln turystów w ciągu roku). Cena dwóch trulli obok siebie ostatnio osiągnęła cenę 430 tys. euro. Tutaj sezon nie kończy się nigdy. Jest wiele sklepów, barów, restauracji, lodziarni, kawiarni itd. Ktokolwiek otworzy interes, ma pewne zyski. Idziemy w górę ulicą Monte Nero w kierunku jedynego kościoła w tej dzielnicy – św. Antoniego z Padwy. Kościół powstał zaledwie 100 lat temu. Ówczesny proboszcz wziął sobie do serca sytuację w tych biednych dzielnicach. Najpierw zorganizował stację Caritas, potem kościół zwieńczony trullami, z których każdy ma inne zakończenie oznaczające innego „maestro trullani” (mistrza od budowania trulli). Cały kościół pokryty jest trullami, a wnętrze neoromańskie, surowe. Na ścianie ołtarzowej wizerunek Chrystusa na krzyżu z Matką Boską i św. Janem. Obok patronowie miasta święci lekarze Kosma i Damian, a na bocznym ołtarzu patron kościoła. św. Antoni z Padwy. Zatrzymujemy się przy Trullo Siamese czyli Syjamskie. Legenda mówi, że zamieszkała tutaj jedna dziewczyna i dwóch braci. Była przeznaczona na męża dla jednego z nich. Bracia nie mogli się dogadać, więc postawili ściankę dziełową i dwa wejścia do trullo. Sympatyczna historia zdarzyła się w tym miejscu w 2018 roku. Kilku chłopaków urządziło sobie koncert. Wyjęli wzmacniacz, klawisze, gitary. Urządzili sobie koncercik sympatycznego rocka. W pewnym momencie do tych chłopaków podeszło trzech panów i poprosiło o użyczenie instrumentów, by mogli sobie chwile pograć. Chłopcy powoli, nieufnie oddali instrumenty. Ale jeden nie oddał. Przybysze widząc, że są nierozpoznani, wreszcie wydukali: „My jesteśmy zespołem Dire Straits”. I w ten sposób odbył się darmowy koncert znanego zespołu. A chłopak, który nie chciał oddać instrumentu, pomyślał: „kiedy mi się zdarzy sytuacja, żeby pograć z tak znanym zespołem?” Do końca życia będzie mógł się chlubić. „Ja tu z nimi koncertowałem!” (filmik „Dire Straits” w Alberobello jest na youtubie).

Pani Iza pokazuje nam jedyną ulicę, z której mieszkańcy nie dali się wysiedlić. Tutaj były zakłady tkackie i kamieniarskie. Urząd miasta wysiedlał wszystkich. Ci nakłamali urzędnikom, że nie mieszkajątam, tylko pracują (na zapleczu mieli mieszkania). Tak kochali te swoje biedne domki, że nie chcieli ich opuszczać.

Przystajemy przed sklepem z gwizdkami o szczególnych „właściwościach” – ktoś, kto miał jakąś potrzebę, kupował sobie gwizdek i trzy razy dziennie trzeba było zagwizdać, aż potrzeba została zaspokojona. Kiedyś nasza przewodniczka opowiadała o tej potrzebie 39 uczestniczkom wycieczki z Piekar Śl. Nie przyszła jej do głowy inna potrzeba, jak potrzeba miłości. Od razu wszystkie turystki weszły do małego sklepiku. Apel do panów: „Dawajcie swoim paniom do zrozumienia, że je kochacie! Jeśli nie czują waszej miłości, muszą w Alberobello kupować gwizdki” – podsumowuje nasza znakomita przewodniczka. Gwizdki ofiaruje się też przedstawicielom różnych zawodów czy studentom. Kiedyś jakaś para prosiła o gwizdek dla córki studiującej medycynę (specjalność –psychiatria). Właścicielka sklepu, która ma 84 lata, 150 cm wzrostu i 200 % energii, zrobiła gwizdek: Psychiatra to ten, który na dłoni trzyma mózg. „Jeśli macie dzieci czy wnuki, którzy kończą studia, podarowujecie im gwizdek, który niech wykorzystują trzy razy dziennie i wszystko będzie w porządku”.