Jeszcze dopowiedzenie o św. Mikołaju, o którym usłyszeliśmy od pani Izabeli w Alberobello. W Bari nazywają go San Nicola Taumaturgo (św. Mikołaj Cudotwórca. Pewnego razu po morzu pływała kolumna z czerwonego marmuru. Powiązano ten cud ze świętym Mikołajem. Kolumnę przeniesiono do krypty bazyliki św. Mikołaja do Bari. Ze względu na legendę o trzech dziewczynach, które nie mogły wyjść za mąż, bo nie miały posagu, a św. Mikołaj wrzucił im przez okno sakiewki, które uratowały je od niechybnego pójścia na ulicę i zarabiania na życie jako prostytutki – zaczęto traktować tę kolumnę niemal magicznie. Wszystkie dziewczyny, które nie miały narzeczonego, przyjeżdżały do Bari, obchodząc kolumnę trzy razy i modląc się do św. Mikołaja o męża. Przy okazji zaczęto tak często dłubać w tym kamieniu, że w kolumnie powstało wiele dziur i postanowiono ogrodzić obiekt metalową kratą. Dzisiaj przez kratę wrzuca się listy, prośby, „zalecki” do św. Mikołaja. Kiedyś pani Iza była świadkiem, jak wysoki mężczyzna, zupełnie łysy wszedł do krypty i białą chusteczką przetarł wierzchołek kolumny, a potem nałożył ją sobie na swoją głowę. Pani Iza nie wiedziała, co to ma znaczyć, dopóki nie spotkała kogoś, kto powiedział jej o tym zwyczaju w Pierścu, w sanktuarium św. Mikołaja w pobliżu Skoczowa. Sama odwiedziła Pierściec w lutym tego roku. Dwa tygodnie temu uczestniczka pielgrzymki do Bari, która jest wielką czcicielką św. Mikołaja, podarowała jej taką chusteczkę potartą o plecy figury w Pierścu wraz z pozdrowieniami od ks. wikarego z Pierśca, który jej opowiadał o wizycie pani Izabeli w tym śląskim sanktuarium. Świat jest bardzo mały.
Wczoraj pani Iza przyniosła zdjęcia z oazy ze mną. Była to KODA (rekolekcje oazowe dla animatorów) w 1991 roku. Rozpoznałem Jaworzynkę, tamtejszy dom katechetyczny i uczestników KODY – kucharki: moją śp. Mamę i naszą sąsiadkę z Bobrownik panią Kauf, Beatę Berkowską, Tomasza Lipa, Grzegorza i Beatę Nowickich, Ewę Ślusarską. Świat jest bardzo, ale to bardzo mały.
Jedziemy do Bolonii. Czerwona, uczona i tłusta – podsumowuje to miasto nasza pilotka. Czerwona – bo starówka zbudowana jest z cegły, podstawowego tutaj materiału budowlanego. Zrazem miasto przesiąkło utopiami komunistycznymi. Nasza przewodniczka – pani Kasia mieszka na ulicy Lenina. Jest też ulica Stalingradu.
Uczona – bo to słynny ośrodek naukowy. To w 1088 roku tu powstał najstarszy w zachodniej cywilizacji uniwersytet – do dziś istniejący. Ten z Padwy początkowo był jego filią.
Tłusta – bo Bolończycy lubią jeść tłusto. Śmietana jest tu bardzo tłusta, stąd też pochodzi słynna mortadela. Po włosku mortadella wywodzi się od łacińskiego „mortarium” czyli moździerz. Nawiązuje to do tradycyjnego sposobu rozdrabniania i ucierania mięsa. Inna teoria wskazuje na rzymską nazwę „farcimen myrtatum” czyli kiełbasę doprawianą aromatycznymi jagodami mirtu. Mortadela bolońska różni się zdecydowanie od naszej, chociażby wielkością. Największe mortadele mogą ważyć nawet 50 kg! Stąd pochodzą tortellini – małe pierożki o charakterystycznym kształcie. Według legendy pewien kucharz chciał zobaczyć boginię Wenus. Zajrzał przez dziurkę od klucza i zobaczył… pępek. Z jego kształtu wziął wzór dla tortellini – faszerowanych różnymi nadzieniami tradycyjnych włoskich pierożków.
Przez Bolonię przechodziła w czasach rzymskich słynna droga – Via Emilia – od Piacenzy do Rimini. Idziemy na rynek portykami, podcieniami czy arkadami, których łączna długość wynosi w Bolonii 40 km. Można przejść niemal przez całe miasto chowając się przed słońcem czy deszczem pod tymi portykami. Wychodząc z dworca autobusowego, na którym wysiedliśmy, mijamy resztki murów obronnych i duże, wielopoziomowe schody z fontanną – „żoną Neptuna” jak tę piękność nazywają Bolończycy (w nawiązaniu do fontanny Neptuna w centrum). „Bolońskie Pincio” mówi nasza lokalna przewodniczka po Bolonii – pani Kasia. Nawiązuje do wzgórza w Rzymie słynnego z pięknych widoków na Bazylikę św. Piotra. Idziemy Aleją Niepodległości, która łączy dworce (kolejowy i autobusowy) z centrum miasta. Prawie dwa kilometry idziemy podcieniami. W momencie, kiedy pani Kasia ostrzega nas przed wyjątkowo w tym roku nasilającymi się kradzieżami, pewna żebraczka na moment oparła się na ks. Jerzym – niby prosząc o jałmużnę. Po chwili ksiądz zorientował się, że nie ma w kieszeni portfela (całe szczęście tylko z polskimi pieniędzmi). Ks. Jerzy podkreśla, że nie był w stanie jej odepchnąć – kradzież odbyła się zbyt szybko.
Bolonia ma już 2300 lat i powstała wzdłuż wspomnianej Via Emilia. Była w czasach rzymskich miniaturą Rzymu. Miała bazylikę (ówczesny urząd miasta), amfiteatr do walk gladiatorów, forum ze świątyniami bogów pogańskich. Wiele budynków zawiera w swoich piwnicach resztki murów rzymskich. To był ówczesny recykling – wykorzystywano każdy zachowany kawałek muru, kolumny czy zabudowań, które pozostawiły najazdy barbarzyńców z północy. Chrześcijanie wzięli formę architektoniczną bazyliki jako wzór dla swych kościołów, by różnić się od pogan. W świątyniach pogańskich kult odbywał się na zewnątrz, a chrześcijanie gromadzili się we wnętrzach i potrzebowali takich pomieszczeń, które by ich pomieściły. Forma bazyliki spełniała te potrzeby.
Przez wieki Bolonia nie była republiką ani dyktaturą, a należała do Państwa Kościelnego. Papież rządził tutaj przez swoich kardynałów – legatów. Gry rodzina Bentivoglio zdobyła zbyt szeroką władzę, papież Juliusz II – osobiście prowadząc wojska papieskie (w zbroi, na koniu, z tiarą na głowie) – w 1506 roku zdobył Bolonię i ją sobie całkowicie podporządkował. Papież poprosił wtedy Michała Anioła o zrobienie mu rzeźby z brązu (jedyna rzeźba z brązu wykonana przez Michała Anioła) i zdobiła ona fasadę bazyliki św. Petroniusza – patrona miasta. Gdy po 11 latach Bolonia znów odzyskała władzę w swoim mieście, rzeźba została zdjęta i zrobiono z niej armatę „Juliusz”.
Katedra pod wezwaniem św. Piotra, mijana przez nas, jest zamknięta. Drugi kościół św. Petroniusza na rynku jest zdecydowanie ważniejszy jako ośrodek życia religijnego, społecznego, kulturalnego. Na rynku dominuje Ratusz, który kiedyś był pałacem papieskim. Na jednym z budynków piękna, duża płyta upamiętniająca 80 rocznicę wyzwolenia Bolonii przez wojska 2 Korpusu gen. Andresa. Płyta nosi świeżą datę – 21 kwietnia 2025, kiedy staraniem Urzędu Miasta, Rządu Rzeczypospolitej i rodzin poległych polskich żołnierzy została ufundowana. W centrum rynku fontanna Neptuna – Włosi mówią „Il Gigante”, bo rzeczywiście bóg morza ma trzy metry wysokości. Postument podtrzymują cztery syrenki, które ściskają swoje piersi, a z ich brodawek obficie wytryskuje woda w różnych kierunkach. Przypomina mi się werset z Iz 66, 11 o Jerozolimie: „Ażebyście mogli ssać aż do nasycenia z jej piersi pełnej pociech; abyście z rozkoszą ciągnęli mleko z jej piersi pełnej chwały”. Dzisiaj nagość Neptuna nikogo nie dziwi, ale jeden z legatów papieskich, który wychodził z pałacu na wprost fontanny, nie mógł znieść tej nagości i kazał zamontować na posągu bieliznę. Zakończyło się to nieomal rewolucją i Bolończycy zmusili legata do zdjęcia tego „pasa cnoty”. Na froncie ratusza mijamy monumentalny pomnik papieża Grzegorza XIII z rodziny bolońskiej Buoncopagnich. Kiedy żołnierze Napoleona mieli niszczyć wszystkie posągi papieskie, mieszkańcy ubrali posąg papieża w mitrę i dodali nad nim napis: „Divus Petronius protektor et pater” („Święty Petroniusz obrońca i patron miasta”) udając, że to nie żaden papież tylko posąg patrona. W ten sposób posąg ocalał.
Św. Petroniusz był biskupem miasta w V wieku i przyjacielem św. Ambrożego. „Petroniani” tak nazywają się dzisiaj Bolończycy (podobnie jak mediolańczycy „ambrosiani”). Okazałą bazylikę budowano przez 300 lat i w pewnym momencie przyjęto nowy plan – kościół ten ma być większy niż bazylika św. Piotra. Kiedy dowiedział się o tym papież, zakazał dalszej rozbudowy i piękna fasada z białego i różowego marmuru jest skończona tylko w połowie – reszta to cegła. Kościół ma 130 m długości, 22 okazałe kaplice (należały do rad miejskich, różnych cechów, prywatnych osób). W jednej z nich są relikwie św. Petroniusza. Inna należała do rodziny zajmującej się handlem jedwabiem. W tej kaplicy są piękne freski z historii trzech króli, a także scena sądu ostatecznego – u góry niebo, na dole piekło. W piekle na prawo od dwugłowego Lucyfera ofiara leży na skale i jest podpisana „Mahomet”. Z wiadomych powodów bazylika jest cały czas strzeżona przez żołnierzy w obawie przed zamachem fundamentalistów muzułmańskich. Ciekawą rzeczą w bazylice jest meridiana – południk na posadzce ze znakami zodiaku. Pada nań w południe słońce przez otwór w dachu – w różnych porach roku i miesiącach na inny znak zodiaku. 24 lutego 1530 roku tutaj odbyła się koronacja Karola V Habsburga. Dlaczego nie w Rzymie? Ze względu na Sacco di Roma – złupienie Rzymu przez cesarza 3 lata wcześniej. Papież nie zgodził się na koronację w Rzymie.
W dawnych czasach było w Bolonii 80 wież, należących do najbogatszych rodzin. Dzisiaj zostały 22. Najwyższa liczy 104 metry i nie można na nią wchodzić ze względu na pochylenie. Mijamy pomnik Luigi Galvaniego – odkrywcy elektryczności.
Historia Bolonii wiąże się z powstaniem i rozwojem najstarszego uniwersytetu. Przez pierwsze 500 lat istnienia uniwersytet nie miał siedziby. Oglądamy pierwszą siedzibę bolońskiego uniwersytetu pochodzącą z XVI wieku. Jak wyglądała edukacja studentów? Pierwszym kierunkiem studiów było świeckie prawo. Studenci sami wybierali sobie profesorów, sami im płacili i sami wyrzucali z pracy, jeśli byli niegodni swego stanowiska. Po prostu nie przychodzili na ich wykłady. Taki profesor musiał gdzie indziej szukać zajęcia. Studenci byli podzieleni według narodowości. „Montani” czyli pochodzący z Italii oraz „ultramontani” z innych krajów. Następnie też podzielono ich na „legistów” studentów prawa świeckiego, a później też kościelnego i „artystów” (filozofia, łacina, retoryka, geometria, arytmetyka, muzyka, medycyna, astronomia, anatomia). Studenci spotykali się na trawnikach przed kościołami, w domach prywatnych u profesorów, w klasztorach. Mikołaj Kopernik w ten sposób studiował najpierw w Bolonii, a później w Padwie. W budynku uniwersytetu zachował się „teatr anatomiczny”, gdzie wykonywano sekcje zwłok ludzkich na oczach 250 studentów. W dawnych czasach brakowało ciał i na jednym pracowało się kilka dni. Odbywało się to porą zimową, z wiadomych względów. Skąd pochodziły ciała? Z szubienicy – ściągano wisielców i zwłoki trafiały na stół anatomiczny.
Wewnętrzy dziedziniec siedziby uniwersytetu ozdobiony jest największą w świecie kolekcją herbów wszelkiego rodzaju, przede wszystkim studenckich. Idziemy po chodniku z czerwonego kamienia pochodzącego z dna mórz, kiedyś zalewających te tereny. Na niektórych płytach są jeszcze odciśnięte skorupiaki. Idziemy kolejnym portykiem. Dlaczego powstawały? Zabrakło mieszkań, kiedy miasto się rozrastało, napływała coraz większa liczba studentów. Właściciele budynków zastanawiali się, co można zrobić, aby było więcej mieszkań. Można wznosić większe budynki, dobudowywać kolejne piętra. Ale poszerzanie budynków można było zrobić także nad ulicą, zostawiając na parterze portyk i nie trzeba było wtedy płacić dodatkowych podatków. „Przepis na bolońskie podcienia” stwierdza nasza przewodniczka Kasia.
Mijamy dzielnicę kupiecką, gdzie nazwy wskazują na rodzaj handlu: ulica złota, sukiennicza, zamków od drzwi itd. Widzimy na wystawach sklepowych szynki, mortadele, sery m.in. parmigiano regiano. Jedno takie koło sera waży ok. 50 kg. Na jeden kilogram sera zużywa się 16 litrów mleka. Sery dojrzewają rok, a nawet dłużej. Widzimy w sklepie makaron świeży robiony z mąki i jaka. Trzeci składnik, który można dodać do ciasta makaronowego, to poszatkowany szpinak i wtedy z żółtego staje się zielony. Jedno jajko na 100 gramów mąki – z takiej proporcji składników robi się makaron.
Kończymy dzień w Bolonii Mszą św. w Bazylice św. Petroniusza, w kaplicy Najświętszego Sakramentu.


















