Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Dzieje się... Pielgrzymka Apulia 2026

Pielgrzymka Apulia 2026 – dzień 9

Ostatni dzień naszego pielgrzymowania. Serenissima („Najjaśniejsza, najdostojniejsza”) – czyli Wenecja. Wyruszamy o 7.30 z hotelu i zarazem ostatniego noclegu na ziemi włoskiej. Dojeżdżamy do Tronchetto, gdzie wysiadamy z autobusu i przesiadamy się na mały, dwupiętrowy stateczek, który będzie nam towarzyszył w ciągu całego dnia. Płyniemy dookoła laguny – 118 wysepek połączonych 417 mostami, mosteczkami, kładkami. Stara Wenecja nie może się rozrastać, ze względu na sposób budowy. W lagunę, małe niskie wysepki czy bagniska wbijano miliony pali, na których umieszczano płyty kamienne, a potem cegły i to stanowiło ławy dla budynków. By zbudować kościół Santa Maria Salute (Matki Bożej Uzdrowienia) u wylotu Canal Grande (Wielkiego Kanału) trzeba było wbić w lagunę milion pali. Problemem współczesnej Wenecji jest nietrwała, zasolona cegła, która się kruszy i powoduje zapadanie się miasta. Nierzadkie są przypadki pochylonych wież kościołów, gdzie źle obliczono grubość podłoża. Byliśmy na wyspie Burano, gdzie wieża kościoła wydawała nam się wyjątkowo mocno pochylona.

Musimy podzielić się na dwie grupy. Ostatnie przepisy nie tylko nie pozwalają oprowadzać grup większych niż 20 osób, ale wprowadzają opłaty klimatyczne (on line 5 euro, na miejscu 15 euro) za sam wstęp do miasta, nawet gdy ktoś nie nocuje w nim (jak większość turystów). Otrzymujemy od naszej pilotki imienne bilety wstępu, które przy zejściu na ląd przy Pałacu Dożów są skrupulatnie sprawdzane i kasowane. Władze Wenecji szukają środków na „podtrzymywanie przy życiu” zapadającej się laguny. Pani Ania, nasza lokalna przewodniczka, prowadzi pierwszą część grupy, a nasza pilotka drugą grupę do centrum laguny – Ponte Rialto – okazałego mostu w środku Canal Grande. A propos mostu. Rialto – oznacza wysokie wybrzeże (zbitka riva – nabrzeże i alto – wysokie). W XVI wieku rozpisano nań konkurs, który wygrał nie Michał Anioł czy inni konkurenci, ale tutejszy inżynier i architekt Antonio del Ponte (nomen omen). Michał Anioł i inni proponowali kilka przęseł, natomiast projekt zrealizowany przewidział jedno duże przęsło, oparte na 12 tys. pali, zbudowane z trwałego kamienia istryjskiego. Most ma 48 m długości, 28 m szerokości. W najwyższym miejscu przęsła ma 7,5 m wysokości, co umożliwia żeglugę pod nim dość dużym statkom.

Jeszcze dopowiedzenie dotyczące języka i terminów, które zapożyczyliśmy od Wenecjan. Altana – oznacza tutaj domek na dachu. Widzimy te domki z wieży św. Marka, na którą wjechaliśmy z księżmi Fredim i Jerzym. Alto – czyli wysoki, wysoko ustawiony. U nas altana to lekka budowla w ogródku czy w parku.

Słowo „kwarantanna” oznaczające „czterdzieści dni odosobnienia” zrodziło się w Wenecji. Wenecjanie często podróżowali po całym basenie Morza Śródziemnego i jak było podejrzenie zakażenia czy panowała jakaś zaraza, to cały statek odstawiano na 40 dni, by sprawdzić, czy marynarze nie przywlekli jakiejś choroby.

Wenecjanie, a właściwie Wenecjanki spopularyzowały koturny (używane przez aktorów w starożytnej Grecji). To pomysł kurtyzan, które chciały dodać sobie wzrostu, aby móc przytulić do swych piersi klientów. Ciekawa jest historia słowa parasol. Po włosku ochrona przeciw deszczowi to umbrella. Nasze słowo wzięło się (za pośrednictwem języka francuskiego) z włoskich słów „para” i „sole” – „przeciw słońcu”.

W lagunie nie ma ruchu samochodowego z oczywistych względów. Nie można jeździć rowerami. Do laguny dojeżdża się ze stałego lądu koleją, autobusem czy tramwajem, ale tylko do parkingu na początku laguny, a potem przesiąść się trzeba na vaporetto (tramwaj wodny – jego linie i przystanki są gęsto usiane wokół laguny i Canal Grande). Można wynająć słynną gondolę, ale to dla bogatych. Gondola jest asymetryczna (wykrzywiona), bo gdyby była prosta, jeden gondolier z łódką kręciłby się wokół własnej osi.

Wszystko w Wenecji odbywa się drogą wodną. Agnieszka pokazuje nam wodną śmieciarę. Z urną pogrzebową żałobnicy też oczywiście udają się na cmentarz położony na osobnej wysepce. Łatwo ją rozpoznać w czasie naszej wędrówki po rosłych cyprysach. Dopuszczone są małe wózki obsługiwane ręcznie przez dostarczycieli towarów do sklepów, barów i restauracji.

Wysiadamy na nabrzeżu słowiańskim czyli Riva degli Schiavoni i idziemy pierwszą grupą z naszą lokalną przewodniczką (gdyby strażnicy widzieli całą grupę razem, organizatora pielgrzymki czekałaby słona kara pieniężna). Mijamy uroczy kościół św. Zachariasza. Niespotykane jest wezwanie kościoła  – imię ojca Jana Chrzciciela. Wewnątrz znajduje się relikwia jego ciała, ale nas interesuje typowo wenecjańska, renesansowa fasada z białego i różowego marmuru. Później zatrzymujemy się przy dawnym kasynie, a nasza przewodniczka pokazuje nam ówczesny „monitoring” – otwór nad drzwiami, przez który kontrolowano klientów.

Powoli zbliżamy się wąskimi uliczkami, mostami i chodnikami do perły Wenecji – bazyliki św. Marka – głównego patrona miasta. Uskrzydlony lew – symbol tego ewangelisty – towarzyszy nam nieustannie na obrazach, w kościołach, fasadach, kolumnach. Nie możemy wejść do bazyliki, bo w niedziele oficjalnie jest otwarta dla turystów od 14.00. Ale z boku jest wejście na modlitwę czy Mszę św. Po sumie mamy chwilę, żeby zajrzeć do środka i chwilę się pomodlić. W czasie takiego wejścia nie wolno nikogo oprowadzać i robić zdjęć. Samo zaglądnięcie na przysłowiowe 5 minut robi ogromne wrażenie. Cała bazylika jest pokryta mozaikami. Zajmują one 4 tys. metrów kwadratowych i wszystkie mają złote tło. Ile złota użyto na tak ogromną powierzchnię? Okazuje się, że tylko 5 kilogramów. To nie pomyłka! Złoto – o czym pisałem już przy mozaikach raweńskich – kładziono cieniutkimi płatkami między dwie szybki szklane i cięto na tessery. Wewnętrze mozaiki to oczywiście biblia pauperum – czyli w sceny z Pisma Św. przedstawione obrazkowo. Mozaiki powstawały od XI do XIII wieku w czasach, gdy większość ludzi nie umiała czytać ani pisać i mozaiki, freski czy obrazy w innych kościołach miały charakter dydaktyczny, pouczający. Ściany boczne bazyliki i wspaniałą fasadę zdobi – uwaga – 720 kolumn z różnego rodzajów marmurów i różnej wielkości. Wejście do bazyliki to pięć niezwykle zdobnych portali czyli obramowań drzwi. Nad każdymi drzwiami ogromne mozaiki. Na najstarszej wprowadzają św. Marka w sarkofagu do bazyliki. Św. Marek wyraźnie podnosi głowę, by sprawdzić, czy się nie pomylili. Na innym scena wykradzenia ciała św. Marka z Aleksandrii. Miało to miejsce w 828 roku ery chrześcijańskiej i właśnie dla przechowywania tej cennej relikwii zaczęto budować okazałą bazylikę. Na wspomnianej mozaice muzułmanie (w paradnych turbanach na głowach) sprawdzają, co przewożą dwaj kupcy weneccy. Ci – wg legendy – stwierdzili, że skóry wieprzowe. Jeden z wyznawców Allaha aż zatyka sobie nos z odrazą. Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny (jak

 Żydzi) i stąd taka reakcja. Na pierwszym piętrze słynna kwadryga – rydwan zaprzężony w cztery konie – ukradzione (jak wiele cennych zabytków) – w czasie łupieżczej wyprawy krzyżowej w 1204 roku, która pomyliła kierunki i zamiast wyzwalać Ziemię Świętą zdobyła Konstantynopol i upokorzyła prawosławnych chrześcijan. Może przyczyną był fakt, że ówczesny doża – Enrico Dandolo został kiedyś częściowo oślepiony przez prawosławnych i chciał się po prostu zemścić? Niestety do dzisiaj prawosławni pamiętają tę okrutną rzeź braci

 chrześcijan i wywożenie z Konstantynopola wielu bogactw. Wspomniane konie z brązu to – widać gołym okiem jak podkreśla pani Ania – są marną kopią oryginałów znajdujących się na piętrze wewnątrz bazyliki.

Podchodzimy do papierowej bramy Pałacu Dożów. Dlaczego papierowa? Bo pod nią czekali z papierami pisarze, którzy pomagali petentom pisać

 różnego rodzaju podania, skargi, prośby do urzędników. Nad nią doża Francesco Foscari klęczący przed uskrzydlonym lwem św. Marka. Inny doża – Grimaldi słynął ze smykałki do interesów. Kiedy on sprzedawał cokolwiek, wszyscy sprzedawali, kiedy on kupował, wszyscy kupowali.

Obok bazyliki wspomniana wieża św. Marka czyli dzwonnica (po włosku campanile). W 1902 roku zwaliła się. Na szczęście jedyną ofiarą był kot dozorcy. Wieżę odbudowano wiernie pięć lat później. Roztacza się z niej wspaniały widok na całą lagunę i okoliczne wyspy, ale co ciekawe – nie widać żadnych kanałów między budynkami. Zabudowa jest zwarta, ściśnięta. Obok bazyliki wspaniały gotycki Pałac Dożów z szeregiem kolumn i maswerków w kształcie czterolistnej koniczyny. Obok Piazzetta, czyli placyk z dwoma kolumnami. Na jednej z nich św. Teodor pokonuje smoka, a na drugiej króluje uskrzydlony lew św. Marka.

Po obiedzie płyniemy na wyspy Murano i Burano. Na pierwszej mamy wstęp do zakładu produkcji szkła, gdzie wytwarza się słynne na cały świat wyroby. Takich warsztatów jest tutaj więcej. Zachwycamy się sprawnością mistrza, który na naszych oczach z rozgrzanego do 1000 stopni szkliwa tworzy konia, stojącego na tylnych nogach. Potem płyniemy na Burano słynące kiedyś z wytwarzania koronek. Dziś zachwycamy się kolorowymi domkami, sklepikami z koronkami, pamiątkami, ubraniami wszelkiego rodzaju.

I to by było na tyle.

Serdecznie dziękujemy biuru turystycznemu Verotravel za doskonałe zorganizowanie pielgrzymki „Piękno Apulii”. Szczególne podziękowania kierujemy do naszej pilotki pani Agnieszki Saran, która część z nas prowadziła już po raz drugi. Niezwykle serdeczna, kompetentna, chętnie dzieląca się swoją znajomością tej włoskiej ziemi, ludzi, miejsc, zwyczajów itd. Serdeczne Bóg zapłać także naszym kierowcom – panom Bronkowi i Józkowi, którzy pewną ręką prowadzili autobus i czasem dokonywali cudów „przeciskając” autobus po wąskich zaułkach Graviny czy Bisceglie. A przede wszystkim serdeczne podziękowania wszystkim uczestnikom pielgrzymki za dar wspólnej modlitwy, przeżywania i doświadczania różnych pięknych i ciekawych miejsc. Bóg zapłać za to, że dzięki Waszemu uczestnictwu mogłem napisać tego bloga. Chwała Panu!