Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Pielgrzymka Malta 2026

Pielgrzymka Malta 2026 – dzień 1

Wita nas na lotnisku na Malcie piękne słońce. Temperatura 12 stopni (11 przed południem, później będzie 17 stopni). Cieplutko w porównaniu z zimną Warszawą. Wita nas bardzo sympatyczny przewodnik pan Tadeusz. Tak miły, pogodny, radosny – jak Maltańczycy. Malta ma w sumie ok. 580 tys. mieszkańców – na trzech zamieszkałych wyspach (Malta, Gozo i Comino – ta ostatnia bardzo mała). W sumie na archipelagu jest 7 lub 8 wysp ( w zależności od rodzaju przewodnika, z którego czerpiemy informacje). Na 580 tys. mieszkańców przypada ok. 300 tys. kotów, hołubionych przez mieszkańców z humorem dodaje p. Tadeusz, który mieszka na Malcie już od ponad 10 lat. Za przejechanie kota czy psa grozi kara 100 euro, ale za przejechanie żółwia lub jeża już 300 euro. Żółwia nie można przejechać, bo ich nie ma. Przypływają tylko na jedną plażę starsze osobniki, by złożyć jaja, z których wykluwają się małe żółwiki. Potem „eskortuje się” je przez plażę do morza, by im nikt krzywdy nie zrobił. A jak dochodzą do wieku starszego, wracają, by złożyć jaja itd. itp. Jakże natura jest cudowna i rozumna – zachwyca się p. Tadeusz (a ja z nim!). Jeże są bardzo cennym zwierzęciem, bo polują na jadowite węże zagrażające ludziom. Z takim wężem miał chyba do czynienia św. Paweł, gdy rozbił się o Maltę okręt, na którym był eskortowany do Rzymu. „Tubylcy okazali nam wielką życzliwość” pisał św. Łukasz o tym fakcie (Dz 28, 2). Po rozpaleniu ogniska żmija jadowita ukąsiła Pawła, a ten – nic nie ucierpiawszy – strącił ją do ognia. To wzbudziło wielki szacunek Maltańczyków dla Pawła.

Pielgrzymujemy śladami św. Pawła, a hotel, w którym spędzimy cały tydzień, znajduje się w miasteczku San Pawl il Bahar czyli zatoka św. Pawła. Być może tutaj rozbił się jego okręt. Tutaj późnym popołudniem dojeżdżamy w spokojny sposób na nocleg. Ale zanim to nastąpi, ok. 12.00 zabiera nas autobus z nieco „szalonym” kierowcą, który po wąskich uliczkach wyspy jeździ niemal jak kierowca formuły 1 na Grand Prix Monaco. Jedziemy do jednego z „trzech miast” naprzeciwko stolicy kraju Valletty. Kiedyś trzech miast – dzisiaj jest to właściwie jedna wielka (jak na warunki maltańskie) aglomeracja połączona już w czasach panowania joannitów czyli kawalerów maltańskich.

Trzeba trochę powtórki z historii. Były trzy zakony rycerskie powołane w czasach wypraw krzyżowych do opieki nad chorymi pielgrzymami w Ziemi Świętej i jej obrony. Templariusze, którzy później tak się wzbogacili, że król francuski Filip IV Piękny, nie chcąc spłacać potężnych długów, które u nich zaciągnął, oskarżył ich niesłusznie o herezję i całkowicie wyniszczył, łącznie ze spaleniem na stosie przywódców. Drugi zakon rycerski to znani nam doskonale krzyżacy, a trzeci to właśnie Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników Świętego Jana z Jerozolimy, Rodos i Malty. Po upadku Królestwa Jerozolimskiego krzyżowy przenieśli się na Cypr. Potem dwa wieki władali Rodos, a jak Sulejman Wspaniały pokonał ich na tej wyspie, przyjęli w 1530 roku Maltę jako podarunek cesarza Karola V. Władali wyspą do czasów napoleońskich, czyli do 1798 roku. Wspomniane „trójmiasto” przebudowali tworząc z niego silnie ufortyfikowaną twierdzę.

Przy murach obronnych wysadza nas autobus i idziemy jeszcze przed Mszą św. na zwiedzanie miasta Birgu zwanego także Victoriosa („Niezwyciężone”). To tutaj pierwotnie mieli swoją siedzibę joannici, zanim przenieśli się do późniejszej Valletty (obecnej stolicy państwa). Uderza mnie zabudowa niemal wyłącznie z wapienia trzeciorzędowego (inni mówią piaskowca). Miasta tutejsze mają swój charakterystyczny koloryt. Bardzo to mi przypomina widok miast w Ziemi Świętej. Zabudowa jest zwykle niska (bo fundamenty nie mogą być zbyt głębokie – zwraca uwagę nasz znakomity przewodnik). Przechodzimy przez jedną bramę, mostem nad fosą przy której p. Tadeusz uświadamia nam ogromną trudność w jej pokonywaniu przez próbujących zdobyć miasta. Mury są potężne i nawet bomby hitlerowskie II wojny światowej nie wyrządziły im dużych szkód. Kiedy mijamy jedną z bram, odwracamy się i widzimy wysoko uniesiony ołtarz Matki Bożej (teraz kwiaty w zimie są zwiędłe, w lecie zawsze świeże). Uliczki bardzo wąskie. Kamienice z charakterystycznymi balkonami. Balkony, najczęściej drewniane, w formie wykuszów wystających poza lico budowli. Różnokolorowe – z jednej strony powiększały nieco powierzchnię mieszkań, a z drugiej pozwalały lepiej, często zza zasłony, obserwować, co się dzieje na ulicy. Balkony są ozdobą wszystkich miast Malty.

Policji nie widać na ulicach, ale policja wszystko widzi. Wszechobecny monitoring kontroluje każdą ulicę, skwerek, placyk. Nie warto wchodzić w kolizję z prawem. Birgu jest miastem na prawie maltańskim, czyli jest otoczone murem miejskim. Tutaj nawet o wiele większe aglomeracje są na prawach „wsi”, bo nie mają murów. Jadąc później na Klif Dingli mijamy Mdinę – dawną stolicę – gdzie jest obecnie ok. 300 mieszkańców (91 arystokratycznych rodzin – podkreśla p. Tadeusz) i Mdina jest miastem, bo ma potężne mury. Znajdujący się obok Rabat (z arabskiego „przedmieście”) ma 12 tys. mieszkańców, a praw miejskich nie ma. Wracając do Birgu mijamy Pałac Inkwizytora. Naszą uwagę p. Tadeusz koncentruje na niebieskim oknie. Tuż nad nim dwa topory niechybnie wskazujące, że to mieszkanie kata. Inkwizycja na Malcie powołana przez joannitów była stosunkowo łagodna (w porównaniu np. z hiszpańską). Najczęstsze wyroki to były czyny pokutne, dodatkowe umartwienia, a rzadko tortury czy śmierć. Naszą uwagę zwracają małe symbole religijne przy bardzo wielu domach. Miniaturowe figurki Matki Bożej z Dzieciątkiem, Anioła Stróża, św. Józefa, św. Dominika (po maltańsku „San Duminku”) i in. Przy jednej figurze znajduję napis łaciński (w tłumaczeniu) „Jeśli ktoś odmówi tutaj modlitwę Witaj Królowo otrzyma czterdzieści dni odpustu”. Napis powstał w czasie przed soborem, który zniósł owo liczenie dni odpustowych. Do dzisiaj Maltańczycy są bardzo religijnym narodem. Kiedy groziło mieszkańcom Birgu jakieś nieszczęście, wynosili potężną figurę św. Wawrzyńca z kościoła pod jego wezwaniem (gdzie będziemy mieli Eucharystię) wierząc, że publiczna procesja i uczczenie Świętego uchroni ich od nieszczęścia, zarazy, najazdu wojsk nieprzyjacielskich itp. Idąc uliczkami Birgu (Vitoriosy) zwracamy uwagę na krzyże zawieszone nad ulicami z żarówkami. Podobnie ozdobione są fasady kościołów. Wygląda to bajecznie wieczorem i nocą, gdy całe miasto jest podświetlone. Ulice w Birgu sprzątają sami mieszkańcy. Wylewają wodę, szorują i nawet jak ktoś jest oporny, a mieszka w dolnej części ulicy spadającej w dół, to musi się zabrać za sprzątanie, bo brudna woda spływa na jego „część”.

 Maltańczycy lubują się w świętach (fiestach). Np. tutaj w Birgu jest w ostatnią niedzielę października święto światła. Na domach widzimy gwoździe, na których zawiesza się „butelki” z płonącymi świecami. Goście, nawet przypadkowi, są zapraszani do wnętrza i częstowani darmowo domowym winem. Wchodzimy do jednej z starożytnych kamienic, która ma prawie tysiąc lat i pamięta czasy Normanów, którzy odbili Maltę od Arabów. Stare, malownicze wnętrze, z może nie tak starymi sprzętami, obrazami, nawet małą łódką rybacką. Na kracie kolejnego domu niemiecki napis „Tu był Goethe”, ale poniżej dopisek „nie” czyli jednak go tu nie było. Czego się nie robi dla reklamy! Mijamy Auberge de France czyli gospodę joannitów języka francuskiego. Kawalerowie maltańscy (podobnie jak rodyjscy) dzielili się na ówczesne nacje, grupy językowe, przynajmniej te najliczniejsze. Oprócz znanych nam dzisiaj języków francuskiego, angielskiego, włoskiego, niemieckiego były także narodowości języka prowansalskiego, owernijskiego, aragońskiego i kastylijskiego (początkowo połączona z portugalskim). W sumie osiem. Każda w Birgu – pierwotnej siedzibie joannitów – miała swoją gospodę. Do dziś zachowało się 5. Przypomina mi się spacer po mieście Rodos, na wyspie o tej samej nazwie, gdzie poszczególne części ulicy zamieszkiwali zakonnicy-rycerze różnych narodowości. W jednym z okien widzimy cały ołtarzyk w tonacji fioletowej, z pięknym krucyfiksem, świecami, latarkami.

Docieramy nieco po pierwszej do kościoła św. Wawrzyńca, gdzie mamy już wszystko przygotowane do Mszy św., łącznie z popiołem. Brakuje nam tylko mszału i lekcjonarza po polsku, ale od czego mamy nasz Oremus. Na frontonie kościoła brązowa rzeźba „Malty” – kobiety uosabiającej państwo, ze wzniesionym mieczem, palmą zwycięstwa, a obok niej imiona i nazwiska Maltańczyków, którzy zginęli podczas straszliwych bombardowań II wojny światowej. Na Malcie jest wiele tuneli, schronów, które służyły mieszkańcom Malty i wojskom alianckim podczas wojny m. in. przy przygotowywaniu inwazji na Sycylię. Obecnie są one częściowo udostępniane zwiedzającym jako muzea II wojny światowej.

            Na centralnym placu Birgu stoi duża statua św. Wawrzyńca, który jest patronem tutejszej młodzieży. Statua z białego kamienia mocno odbija się na tle żółtawo-brązowych kamieni budynków wokół. Zdążając już z powrotem do autobusu, mijamy pomnik dużych postaci „Pożegnanie Anglików”. Po najeździe Napoleona Malta dostała się pod władanie Anglików. I są trzy święta – wszystkie hucznie obchodzone. 21 września 1964 Święto Niepodległości, ale Malta pozostała w Brytyjskiej Wspólnocie Narodów. Potem Święto Republiki, kiedy 13 grudnia 1974 roku głową państwa przestał być brytyjski monarcha i 21 marca 1979 roku, kiedy ostatni żołnierz brytyjski opuścił wyspę. I właśnie ten moment upamiętnia pomnik.

            Ciekawa, bo wręcz tropikalna jest roślinność Malty. Sosny są karłowate, małe, nie nadające się na budulec (stąd drzewo jest bardzo drogie i sprowadzane z zewnątrz). Lasów jest tylko 1,45%. Dla porównania w Polsce to ok. 30% powierzchni. Spotykamy często palmy daktylowe, araukarie, drzewa oliwne (jest tu ponoć 18 ich gatunków), eukaliptusy, a nawet jakaranda, która kojarzy mi się z Tanzanią czy Meksykiem (najpierw kwitnie, najpierw są kwiaty, a potem liście; jak u nas w ogrodzie biblijnym judaszowiec – też są najpierw kwiaty, a potem liście). Różnica jest tylko ta, że jakaranda kwitnie na fioletowo, a judaszowiec na różowo. Niewiele jest ziemi uprawnej, ale widać gołym okiem, że każdy metr kwadratowy jest skrupulatnie wykorzystywany. Małe pola są otoczone murkami (być może dla ochrony przed zwierzętami). W zimie te pola są bardzo zielone, bo jest wiele deszczów. Natomiast w lecie, gdy temperatura nierzadko sięga 50 stopni Celsjusza (a odczuwalna jest nawet wyższa) wszystko jest wypalone słońcem. Zauważyłem rolnika, który obficie zraszał wodą swoje pole.

Jedziemy na Klif Dingli. Część południowego wybrzeża Malty. Nazwę zawdzięcza Anglikowi, którego pozbawiono majątku w ojczyźnie (skonfiskowano go), poza jednym wyjątkiem. Zapobiegliwy Anglik kazał „ominięty” grunt szybko sprzedać i nabył część klifu czy bardzo stromego wybrzeża Malty i od jego nazwiska przyjęła się nazwa części południowego wybrzeża. Jest tu zarazem najwyższy szczyt Malty – 253 m n.p.m. Na szczycie znajduje się mały kościołek św. Marii Magdaleny. W oddali widoczne dwie małe wyspy, a właściwie wysepki, które stanowiły kiedyś cel ćwiczebnych bombardowań, bo są tak małe, że przypominają statki. Na szczycie klifu p. Tadeusz pokazuje nam pięknie teraz kwitnący na żółto-zielono anyż – przypominają się ciasteczka anyżowe. Cudownie wygląda w oddali morze. Jest trochę pochmurno, ale na dalekim horyzoncie w niektórych miejscach przebija się słońce, co tworzy jaskrawe, malownicze punkty na powierzchni wody.

Malta oddalona jest ok. 85 km od Sycylii. Dostać się można na nią dwojako – promem, który płynie dwie i pół godziny i kosztuje 70 euro albo samolotem – 20 min. i 19 euro kosztów. Ot, taka ciekawostka komunikacyjna. Kiedy już wsiadamy do autobusu, pojawia się samochód z przyczepką, na której chłopak trzyma konia biegnącego za samochodem. Pan Tadeusz wyjaśnia, że to częsty widok – po prostu trenuje się konia. Na Malcie jest wielki hipodrom i wyścigi konne są popularne. Za chwilę, kiedy jedziemy do hotelu, znów ten sam widok – koń biegnący za samochodem trzymany za uzdę. Kiedy ruszamy, w oddali widzę zwierzę na chodniku. „Patrzcie tam jest sarna!” wykrzykuję. Nasz pilot mnie spokojnie poprawia – to nie sarna tylko pies tak trochę ją przypominający. Okazuje się, że to specjalna rasa psów wyhodowana na Malcie na potrzeby polowań na dzikie króliki (znana w Polsce jako pies faraona). Dziś już nie ma polowań na dzikie króliki, bo ich nie ma, ale psy pozostały. Potrawa z królika po maltańsku „fenek” to tutaj tak jak u nas schabowy czy rolada na Śląsku. Może będzie okazja do skosztowania?