Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Pielgrzymka Malta 2026

Pielgrzymka Malta 2026 – dzień 2

Dzisiaj w planie mamy odwiedzenie wspomnianego wczoraj Rabatu, Mdiny – dawnej stolicy Malty oraz bazyliki – rotundy w Moście. Wczoraj widzieliśmy tylko z daleka tę „rotundę” zbudowaną na wzór rzymskiego Panteonu. Kopuła tego kościoła jest trzecią pod względem wielkości kopułą w Europie. Pierwsza to kopuła bazyliki św. Piotra w Rzymie, druga to kopuła katedry św. Pawła w Londynie, a trzecia to właśnie ta w Moście. Mówię o kopułach budowanych w czasach renesansu i bardziej współczesnych, bo biorąc pod uwagę starożytność, największa jest na rzymskim Panteonie. W Rzymie jest największa z niepodpartych kopuł. Ma średnicę 43,4 m. Ponoć kiedy Michał Anioł projektował kopułę bazyliki watykańskiej, przemierzył tę z Panteonu i zaprojektował swoją na wzgórzu watykańskim o ponad metr węższą (42 metry) – z szacunku dla mistrzów starożytnych z czasów cesarza Hadriana (Panteon powstał w 126 roku po Chrystusie).

Po jutrzni odmówionej w hotelu i śniadaniu wsiadamy do autobusu i śpiewając Godzinki ku czci Matki Bożej po ok. 20 minutach wysiadamy w Rabacie. Przy okazji – odległości na Malcie są niewielkie. Powierzchnia wyspy (316 km kw) nie odbiega wiele od powierzchni naszej Łodzi (294 km kw.). Wszędzie dość blisko. Czasem trochę korków i czekania na światłach.

 W drodze, gdzieś w oddali widzimy charakterystyczne słupy lamp na stadionem, gdzie mecze rozgrywa reprezentacja Malty. Różnica między naszymi piłkarzami a maltańskimi jest taka, że nasi to krezusi, nieprzyzwoicie wysoko opłacani, a tutejsi piłkarze to fryzjer, mechanik samochodowy, pracownik biurowy, kelner, rzeźnik itd. Po prostu amatorzy. I ci amatorzy parę miesięcy temu wbili nam tutaj, na tym stadionie dwie bramki i o mało co by wygrali (przegrali zaledwie 2:3 – Zieliński zdobył zwycięską bramkę w 85 min.)

Idąc uliczkami Rabatu po raz kolejny pan Tadeusz zwraca nam uwagę na ozdobne, modlitewne wizerunki Maryi, świętych, aniołów przy drzwiach wejściowych domostw. Często są z trwałej ceramiki, czasem pięknie pomalowane, często bardzo malutkie, a większe przy domostwach bogatszych Maltańczyków. Na jednym z nich wizerunek Matki Bożej Dobrej Rady (Maria del Buon Consiglio), a pod nim piękna, czuła modlitwa: „Madonnina mia proteggi sempre la mia casa” (Mateńko moja, chroń zawsze mój dom). Inny wizerunek Madonny z Dzieciątkiem otacza piękny wieniec z owoców ziemi. Na jeszcze innym św. Teresa od Jezusa modląca się przed krzyżem, a dalej św. Paweł z księgą symbolizującą listy, które są częścią Nowego Testamentu i z mieczem – symbolem swego męczeństwa (tak jak na pięknym witrażu w kościele św. Jadwigi w Chorzowie w nawie od ul. Wolności). Te świadectwa przywiązania do wiary Maltańczyków są najczęściej bardzo małe (średnica ok. 25 – 35 cm). Jednym z większych (ok. metra wysokości) zdobi dom bogatych Maltańczyków. Pod wizerunkiem Świętej Rodziny (Maryja, Józef, malutki Jezus) szereg 4 aniołków w różnych sympatycznych pozach i minach i obszerna modlitwa w języku maltańskim. Można w niej „doczytać”, że ten wizerunek został poświęcony przez księdza – franciszkanina 14 marca 2015 roku, a więc niedawno. Pobożne „ozdoby” domostw to nie tylko wyraz wiary przeszłości.

 Uliczki są bardzo wąskie, a budynki stosunkowo wysokie. W upalne dni lata jest tu trochę chłodniej i wietrzniej (coś wiedzą o tym nasi parafianie, gdy przechodzą obok wysokich bloków osiedla Irys i doświadczają silniejszego wiatru). Po drodze mijamy pierwsze na Malcie „okno życia”, gdzie kobiety mogły bezpiecznie zostawić nowo narodzone niemowlęta, gdy nie były w stanie lub nie chciały ich wykarmiać i wychowywać. Naprzeciw okna życia dom – powiedzielibyśmy dzisiejszym językiem – samotnej matki. Tutaj ciężarne matki mogły znaleźć schronienie na czas przed porodem czy tuż po urodzeniu dziecka. Ponieważ był czas, gdy nie można było umieszczać numerów na budynkach, nazywano je „Ave Maria”, „Casa Maria Dolores” (Dom Maryi Bolesnej) czy innymi pobożnymi nazwami.

Powoli zbliżamy się do kościoła św. Pawła. Idziemy szerokim chodnikiem, wytyczonym przez niewielkie murki i nagle pan Tadeusz informuje nas niespodziewanie, że przekroczyliśmy granicę cmentarza. Okazuje się, że prosty chodnik został położony na grobach. Także na murze chodnika – dusze w czyśćcu cierpiące. Charakterystyczne złożone na krzyż ręce i pół postaci wyłaniającej się z „płomieni ognia”. Na środku cmentarza – chodnika postument z pomnikiem żmii. Na postumencie w 8 językach tekst z Dziejów Apostolskich (z 28 rozdziału) wspominający epizod z pobytu Pawła na Malcie (wspomniany wczoraj przez mnie fragment 28, 3-6). Żmija na pomniku także „wyłania się” z ognia albo raczej jest do niego zrzucana. Przed wejściem na plac św. Pawła mijamy piękny pomnik Maryi modlącej się, a na postumencie napis „Sliem Ghalik Marija”. Nie trzeba być znawcą maltańskiego, by rozszyfrować napis jako „Bądź pozdrowiona Maryjo” czyli nasze „Zdrowaś Maryja”. Przy okazji – język maltański jest językiem semickim, ale pisanym łacińskimi literami. Powoli staje się martwym językiem, mimo wysiłków władz. Arab z Maltańczykiem porozumie się bez problemu. Uczą go oczywiście w szkołach, ale na co dzień mieszkańcy posługują się angielskim – w tym języku Maltańczycy zwracają się do obcych i mówią między sobą, mimo że – zwłaszcza dla starszych – angielski źle się kojarzy. Na Malcie jest trochę nielubianych emerytów angielskich. Oni są nielubiani, ale funty szterlingi, w których dostają emerytury, już nie – mówi z powagą pan Tadeusz. Ze względu na więzy z Italią, zwłaszcza Sycylią, znany też jest tutaj i popularny język włoski.

Chcemy na chwilę wejść do bazyliki św. Pawła, choć – jak zaznacza pan Tadeusz – nie jest do zwiedzania (nie wiem czemu). Trochę „przeszkadzają” nam dzieci, które w jednakowych mundurkach wychodzą z nauczycielkami z kościoła. Z pewnością były na Mszy św. (może z dzień później celebrowanym obrzędem posypania popiołem?). Dzieci jest bardzo dużo, ale jak ostatnie nauczycielki zamykające kolumnę opuszczają świątynię, pojawia się odźwierny i jednoznacznym ruchem zamyka kościół. Po co komu zamknięty kościół? Trzeba by zapytać retorycznie, jak ta staruszka z filmu Tengiza Abuładze „Pokuta”: „Po co komu droga, która nie prowadzi do świątyni?” Kościół św. Publiusza, w którym spotkamy się na Eucharystii, znajduje się tuż obok, ale mając trochę czasu idziemy do katakumb św. Pawła. Prócz nazwy nie mają nic wspólnego ze św. Pawłem. Pochodzą z III wieku po Chrystusie. Zostały wykute w tutejszym wapieniu (z pewnością twardszym materiale niż rzymskie katakumby wykuwane z tufu wulkanicznego – znacznie miększej skały). Przed zejściem w dół – sale z pięknymi malowidłami naturalnych rozmiarów, przedstawiającymi obyczaje pogrzebowe dawnych mieszkańców Malty. Nie było trumien. Ciała owijano w całun i składano w niszach grobowych. Na samym poziomie katakumb (ok. 10 m pod ziemią) na początku dość duża sala na agapy, czyli – dzisiejszym językiem – stypy po pogrzebie. Widać wyraźnie niski stół, a obok miejsca na „leżenie”, gdyż w takiej pozycji w starożytności spoczywano na ucztach. Wszystkie nisze, komory, wnęki pięknie iluminowane grą świateł. Pan Tadeusz wpuścił nas samych do katakumb i w pewnym momencie ogarnęła nas niepewność, czy z nich wyjdziemy. Okazało się, że tylko na początku labirynt może nieco przestraszyć. Wszystkie drogi prowadziły na powierzchnię.

Nieco przed godziną jedenastą wchodzimy do groty św. Pawła. Przez trzy miesiące wg tradycji przebywał tu św. Paweł głosząc Ewangelię, uzdrawiając i kładąc podwaliny pod chrześcijaństwo na wyspie. Był cały czas więźniem oczekującym na transport do Rzymu przed oblicze cesarza. W grocie statuy św. Pawła i św. Łukasza z wykutym w skale „portretem” Matki Bożej. Wchodzimy na górę i przeżywamy naszą drugą Mszę św. na pielgrzymce. Na zewnątrz kościoła trzy duże tablice upamiętniające pobyt w tym miejscu trzech papieży: św. Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. Po drodze z Eucharystii przechodzimy obok balkonu zakochanych – jak z lekkim uśmiechem reklamuje go pan Tadeusz. Na balkonie mały stoliczek i dwa krzesełka. A powyżej na ścianie stary rower. Po co rower zakochanym? Pan Tadeusz odpowiada w swoim stylu – to oczywiste – narzeczony musi przywieźć narzeczoną na swoim rowerze. Ale jak ją ma przywieźć, skoro na nim nie ma miejsca? A od czego miłość, która stwarza rzeczy niemożliwe? Kwituje nasz pełen humoru przewodnik.

Dochodzimy do placu przed wjazdem do Mdiny. Ale najpierw pastizzi. Ciasto zapiekane na sposób francuski. Nadziewane ricottą, nadzieniem z groszku zielonego lub kurczakiem. Zajadamy się świeżo wypiekanymi ciastkami, jeszcze bardzo gorącymi. Całkiem duże ciasta (można zjeść góra dwa – trzy, bo są tak syte) kosztuje zaledwie 0,5 euro. Taniocha. A minął już popielec, więc sobie folgujemy.

Na placu przed Mdiną stoją dorożki, które jedynie oficjalnie mogą się po niej poruszać. To ciche miasto – niemal dosłownie nie ma w nim samochodów. Nieliczne, które widzimy, to samochody arystokratów mieszkających w Mdinie. Ktoś zauważa, że konie tutaj jakby inne. Mają mocno wydłużone nogi, są nieco mniejsze. Pan Tadeusz wyjaśnia, że to specjalna rasa tutaj wyhodowana. Nasze konie tutejszych warunków w lecie by nie wytrzymały.

Tuż obok placu między Rabatem a Mdiną znajdujemy wielki park Howarda. „Wielki” na warunki maltańskie. U nas byłby to zaledwie skwer może 30 na 50 m. I stajemy naprzeciwko potężnych murów Mdiny, która była stolicą kraju do czasu zbudowania Valletty w 1571 roku. Od murów oddziela nas fosa nigdy wodą nie zalewana, bo nie było takiej potrzeby. Ileż trzeba było pracy, żeby ją wykuć w skale! Ma szerokość ok. 30-35 m. Była nie do przebycia dla atakujących. Mury, które mają grubość ok. 9 m, istniały już w starożytności. Ostatecznego umocnienia potężnych fortyfikacji dokonali joannici po przybyciu na Maltę w 1530 roku. Z lotu ptaka wyglądają jak mury klasztoru jasnogórskiego z charakterystycznym bastionami w rogach. Oczywiście te w Mdinie są zdecydowanie większe.

Poprawka mojego błędu z wczorajszej relacji. W Mdinie mieszka rzeczywiście obecnie 91 osób, a nie rodzin. Wszystkie arystokratyczne i tylko ich potomkowie mogą ich „zastępować”. A ponieważ dzietność tych rodzin jest marna, to po śmierci arystokraty – jeśli nie znajdzie się jego legalny potomek – dom czy pałac przechodzi na własność państwa. Taki jest przepis prawa i nie ma innej drogi jak sprzedaż czy wystawienie na licytację posiadłości.

Tuż za główną bramą miejską (jest jeszcze grecka i kolejowa – bo do lat 30. był tu kawałek kolei) wchodzimy na placyk, który zdobi potężny krzyż maltański, a właściwie amalfitański. Biały, równoramienny, z 8 ostrymi końcami (po dwie na każdym ramieniu). Są trzy interpretacje tych „końcówek”: symbol 8 błogosławieństw, 8 narodowości joannitów lub 8 cnót każdego rycerza-zakonnika. Często umieszczane są na flagach, strojach, bramach, a ostatnio także na monetach 1 i 2 euro po wejściu Malty do Unii Europejskiej. W ogóle na Malcie jest „flagomania”. Co to za flaga? – pada pytanie do pana Tadeusza, gdy widzimy jakąś niebiesko- białą nad domem. Z pewnością parafialna – pada odpowiedź. Każda parafia, każda diecezja, każde miasto, każdy samorząd, dzielnica ma swoją flagę. Narodowa flaga Malty to odmiana naszej biało-czerwonej, tylko pasy są pionowe (biały przy drzewcu). Biały krzyż na czerwonym tle to flaga joannitów. Często także w tych kolorach są przedstawiani w sztuce.

Ciekawa jest historia islamizacji, a potem ponownej chrystianizacji Malty. Kiedy w 870 roku Maltę zajęli Arabowie, wszystkich mieszkańców wyrżnęli w pień prócz młodych kobiet, które wzięli sobie za żony. Tak chrześcijaństwo wręcz zniknęło z Malty. W 1091 roku Malta poddała się Normanom, a konkretnie królowi Rogerowi. Muzułmanie albo opuścili wyspę, albo przeszli na chrześcijaństwo, które po ponad dwóch wiekach ponownie zatryumfowało na tym terenie. Król Roger miał wg legendy podarować Maltańczykom część swego proporca w kształcie szachownicy biało-czerwonej. Stąd barwy flagi maltańskiej. Dodatkowo na te kolory mieli wpływ joannici posługujący się białym krzyżem na czerwonym tle. Flaga została ozdobiona też medalem św. Jerzego, który otrzymali mieszkańcy w uznaniu męstwa i zasług w czasie II wojny światowej. Po Brytyjczykach – oficjalnie – ani śladu, ale medal na fladze pozostał i zostało to zapisane w konstytucji nowego państwa w 1964 roku.

W samej Mdinie nawiedzamy katedrę św. Pawła, ponoć bardzo podobną do tej z obecnej stolicy Valletty. Przykład maltańskiego baroku. Jak zwykle potężny baldachim nad ołtarzem. Wszędzie malowidła Mattii Pretiego – najsłynniejszego malarza (prócz Caravaggia) działającego na Malcie. W posadzce piękne, kolorowe nagrobki biskupów tutejszych, tudzież innych duchownych i świeckich zasłużonych dla Mdiny i całego państwa. Tych nagrobków w posadzce jest ponad 100. W bocznej kaplicy bardzo stary obraz Madonny namalowany ponoć przez św. Łukasza, a tutaj bardzo czczony. Chrzcielnica z XV wieku (starsza niż kościół, wybudowany po trzęsieniu ziemi w 1693 roku). I ciekawostka, na którą zwraca uwagę Basia Binioszek – ambona na kółkach, którą wg potrzeby można przesuwać w różne miejsca kościoła. Wiadomo, że kiedyś nie było mikrofonów wzmacniających głos kaznodziei.

Oglądamy jeszcze z zewnątrz pałac św. Zofii z 1233 roku – jak głosi napis nad oknem. Parter jest stary, piętro dobudowane niedawno. Nie trzeba być znawcą sztuki, żeby to zauważyć. Wapień parteru jest mocno skruszony, zmurszały. Idziemy jeszcze do kościoła karmelitów. Przed nim Matka Boża Karmelitańska – figura Madonny ze szkaplerzami w ręku Maryi i małego Jezusa. Olbrzymi kościół z kopułą w formie elipsy. Jak wszystkie tutaj kościoły bogato dekorowany.

Na koniec czeka nas na punkt widokowy, z którego rozciąga się panorama prawie połowy wyspy, m.in. z bazyliką w Moście. Dojeżdżamy tam, ale niestety nie możemy wejść, bo odbywa się pogrzeb. Ktoś ze wspólnoty neokatechumenalnej jest chowany, bo akurat słyszę śpiew Credo. Melodia ta sama co w naszych wspólnotach. Nie rozpoznaję, czy śpiewają po maltańsku czy po angielsku.