Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Pielgrzymka Malta 2026

Pielgrzymka Malta 2026 – dzień 5

Dzisiaj (i do końca pielgrzymki) pieczę nad nami przejmuje bardzo sympatyczna, pogodna, a zarazem pełna wiedzy pani Basia, która już od 39 lat mieszka na Malcie, a od 20 lat jest tutejszym przewodnikiem. Ma męża Maltańczyka. Z humorem opowiada, jak chciał jej kiedyś zrobić niespodziankę i ze sklepu przywiózł sok z opuncji. Pani Basia patrzy – firma Hortex. „To wasz narodowy napój?” – pyta niezorientowany mąż. A propos opuncji. Jej owoce są jadalne (nie tylko sok z nich). Najlepsze są w określonym miesiącu. Trzeba bardzo uważać, gdy się je zrywa, bo ich kolce wbijają się w skórę i bardzo trudno je wyciągnąć. Te widoczne duże „płaty” czyli liście opuncji są doskonałą paszą dla zwierząt. Z kolei figi określa się tu terminem maltańskim, który po przetłumaczeniu na polski znaczy: „figi św. Jana”, bo zbiory zaczynają się ok. 24 czerwca. Wszechobecne murki na polach – dopowiada pani Basia – mają różne znaczenie. Chronią rośliny od wiatru, a także utrudniają wypłukiwanie gleby z bezcennej wody. Gleby jest niewiele (na trzy kopnięcia łopatą – mówią Maltańczycy), praktycznie od 60 cm do półtora metra, więc trzeba ją chronić, by nie spływała do morza. Woda to osobny problem na Malcie. Jak wiadomo, nie ma tu rzek. Cała nadzieja w deszczówce, ale deszcze padają tylko w zimie (ok. 6 miesięcy w roku), a w lecie (drugie 6 miesięcy) ich praktycznie nie ma. Życie zależało więc od tego „co nakapało”. Wszędzie budowano cysterny, a dachy były specjalnie poziome, żeby zbierały jak najwięcej wody. Już wielki mistrz joannitów Alof de Wignacourt (panował 1601-1622) wsławił się m. in. tym, że zbudował akwedukt dł. 15 km z gór, gdzie w różnych szczelinach, uskokach gromadziły się naturalnie wody deszczowe, i pociągnął go z południa do Valletty. Za jego czasów malował na Malcie Caravaggio. I on m.in. sportretował wielkiego mistrza ze swoim paziem (obraz znajduje się w Luwrze).

Malta to kraj absurdów. Niby to małe państwo – dwadzieścia parę km szerokości ok. 40 km długości (powierzchnia 316 km kw.), a dojechać czasem bardzo trudno. Samochodów mnóstwo, bo Maltańczycy lubują się w samochodach. Posiadają ich po kilka, a szczególnie cenione są stare modele. Mają inne rejestracje (nie na białym, a na niebieskim tle), są więc łatwo rozpoznawalne, ale trzeba mieć na posiadanie takiego samochodu specjalne pozwolenie. Jeździć można nim tylko w weekendy. Wszystko jest zatłoczone, zresztą z różnych powodów. Kiedy pani Basia o tym mówi, nagle na ulicy wyrasta patrol policyjny całkowicie zamykający drogę. Dzisiaj niedziela i odbywa się maraton, stąd niektóre drogi są niedostępne. Musimy wracać i objeżdżać pozamykane ulice. Częściowo towarzyszymy maratończykom biegnącym drugą nitka dwupasmówki. Jedni biegną, inni trochę szybciej idą, jeszcze inni robią sobie w trakcie selfie lub rozmawiają przez telefon. Momentami trudno rozpoznać biegaczy, którzy starują w zawodach. Maltańczycy coraz częściej przesiadają się na motocykle. W czasie śpiewania Godzinek widzimy na poboczu grupę kilkudziesięciu wielbicieli jednośladów. Kiedy pani Basia wspomina o motocyklach, mamy mały dodatkowy objazd, bo przed nami był wypadek motocyklisty. Na ulicy leży potrzaskany motor, a gdzieś obok kask. Ufam, że ofiara wypadku przeżyła (może zabrana do szpitala?).

Pani Basia mieszka Marsaxlokk (tam gdzie byliśmy wczoraj) 17 km od naszego hotelu i droga, która normalnie powinna trwać góra 20-25 min., czasem zajmuje półtorej godziny. Na moje pytanie o komunikację publiczną nasza przewodniczka odpowiada, że trwałoby to ok. 3 godzin. Kiedy wracamy objazdem, by dotrzeć na miejsce naszej dzisiejszej Eucharystii, pani Basia pokazuje nam pizzerię, tuż nad wodą. Goście wiedzą, że rybki bardzo lubią kawałki pizzy i resztki rzucają im do morza. Kiedyś poziom restauracji tuż nad wodą się zawalił. Wszyscy wylądowali w morzu (na szczęście nikomu nic się nie stało). Była „kolacja z kąpielą”. A rybki to miały prawdziwą ucztę nie tylko z kawałków pizzy. Po drodze do Tarxien (czyt. Tarszyn) do kościoła św. Bartłomieja mijamy Qormi, miejscowość słynącą z najlepszego chleba na Malcie. Do dziś wypiekają tutaj chleb w piecach opalanych drzewem i nazywa sięIl-Ħobż tal-Malti.

Dzisiaj po południu będziemy na piaszczystej plaży. Te piaszczyste są nieliczne, a Maltańczycy bardziej lubią kamieniste. Te drugie są przez nich bardziej oblegane. Woda na plażach kamienistych jest zdecydowanie czystsza niż na piaszczystych. Piaszczyste są dla turystów, którzy nie mają na co dzień u siebie plaży.

Malta jest najgęściej zaludnionym rejonem w Unii Europejskiej (1716 mieszkańców na km kwadratowy). Praktycznie wszystkie osady zlewają się w jeden organizm. 95% Maltańczyków mieszka w miastach.

Spóźnieni o prawie godzinę (Msza miała być o 10.00, a zaczęła się o 10.50) jeszcze w samym Tarxien mamy kłopot z dotarciem do kościoła, bo na naszej drodze odbywa się polowa Msza na tutejszym rynku, gromadząca sporo policjantów. Modlą się przy pomniku swego współbrata (rocznica śmierci?), zasłużonego dla lokalnej społeczności komendanta. Ale nasz tutejszy kościelny-oddźwierny jest cierpliwy zgodnie z popularnym słowem tutejszym wywodzącym się z łaciny: „patientia” czyli cierpliwość. Kościółek jest piękny, bardzo mały (nasza 35 osobowa grupa zajmuje wszystkie wolne krzesła w kościele). Na pytanie naszego Mirka, gdzie są ampułki z winem i wodą, Maltańczyk pokazuje na stoliczek w tyle kościoła. Praktykuje się tu procesję z darami, widocznie na każdej Mszy św. Trzeba było dotrzeć na Maltę, żeby spotkać ten piękny zwyczaj jako stały element liturgii, nie tylko u św. Jadwigi w Chorzowie. Kościółek jest na planie krzyża greckiego, okrągły. I tutaj zwieńczenia pilastrów pięknie wyzłocone, w trzech bokach świątyni obrazy oczywiście Bartłomieja, Matki Bożej Niepokalanej. Po Mszy wracamy do autobusu. Czekamy trochę na przystanku tuż przy pomniku sceny Zwiastowania. Jest akurat tuż przed 12.00 i w jakże wymownym miejscu odmawiamy Anioł Pański.

Po drodze pani Basia uzupełnia naszą wiedzę na temat świątyń megalitycznych. Opowiada m.in. o Hypogeum Hal Salfieni. Okazuje się, że sąsiadem odkrywcy był jej teść. Wszystko zaczęło się w 1902 roku. Właściciel pewnego budynku prowadził prace budowlane w swoich piwnicach. Nagle robotnikom zaczęły znikać narzędzia. Dosłownie zapadały się pod ziemię. Zaczęto drążyć i okazało się, że pod jego piwnicą są jeszcze przynajmniej trzy poziomy tajemniczych budowli. Późniejsze badania i wykopaliska potwierdziły, że świątynie – miejsca kultu i cmentarz zostały zbudowane 2500 lat przed Chrystusem, a więc 4500 lat temu. Te podziemne pomieszczenia, właśnie ze względu na lokalizację, zachowały się w znakomitym stanie. Nawet 7 tysięcy szkieletów ludzkich zostało przeniesionych z innych miejsc i ponownie tutaj pochowanych. W jednym z pomieszczeń jest nietypowa dziura w ścianie. Okazało się, że wzmacnia ona głos mężczyzny, a wycisza głos kobiety. Być może to pomieszczenie służyło jako wyrocznia świątynna i ktoś w pomieszczeniu obok „prorokował” dla tego, który zgłaszał się z prośba o radę. W Hypogeum znaleziono małe figurki. To tu, a nie jak podałem wczoraj w Hagar Qim, znaleziono „Śpiącą Wenus” należącą do bezcennych skarbów maltańskich. Teść pani Basi, dzięki temu, że ojciec jego miał klucze do podziemi (z mocnym poleceniem, by otwierać je tylko archeologom i naukowcom), korzystał z podziemi jako miejsca do grania w piłkę z kolegami. Nawet w upalne miesiące letnie było tutaj przyjemnie chłodno.

Następnym punktem programu są ogrody wielkiego mistrza kawalerów maltańskich Antione’a de Paule. Piastował tę funkcję w XVII wieku. Wybudował pałac, który dzisiaj służy prezydentowi republiki. Wokół pałacu są przepiękne, arcyciekawe ogrody. Czegóż tam nie ma? Olbrzymie figowce australijskie mające 150 lat. Obwód nieregularnego pnia to chyba pięć, sześć metrów. Drzewa wytwarzają liany spadające na dół i kiedy dotkną ziemi, poczują wilgoć zakorzeniają się, łączą w przedziwnych konfiguracjach i tworzą abstrakcyjne kształty. Oczywiście widzimy znane nam z doniczek potężne araukarie, z których jedna była zasadzona w czasach powstania pałacu i ogrodu, a więc ma ok. 400 lat. Żywopłot tworzy gwiaździsta pospornica japońska. Podchodzimy pod kolejne drzewo. Jak typ? Liściaste czy iglaste? Iglaste – odpowiadam podejrzewając mały podstęp. Okazuje się, że to kazuaryna zwana też rzewnią albo sosną australijską. Na pierwszy rzut oka to iglak, ale przy bliższym spojrzeniu ma liście zredukowane, łuskowate. Kolejne drzewo to beaucarnea recurvata, czyli beukarnea wygięta zwana popularnie nogą słonia – dolna część tego drzewa ją przypomina. Ta dolna część pnia (rozcapierzona) stanowiła dla drzewa zbiornik na wodę. Chorisia to kolejne drzewo (u nas w ogrodzie biblijnym mały krzew). Bardzo łatwo ją rozpoznać, bo pień jest pokryty ostrymi kolcami (ileż razy w naszym ogrodzie haczyłem o te kolce wyrywając obok chwasty). Nasza chorzowska jest aktualnie na chórze w kościele i czeka na lepsze temperatury. Liści teraz nie ma, ale są owoce, które wyglądają jak awokado. Czasem to drzewo nazywają chorizją jedwabistą, bo we wspomnianych owocach jest substancja wykorzystywana w kapokach czy kołdrach. Dalej pani Basia tłumaczy nazwę drzewa kiełbasianego. Z tego okazu zwisają swego rodzaju liany, które potem kwitną, a kwiaty wydają bardzo nieprzyjemny zapach, jak zepsuta kiełbasa. Niedaleko od niego drzewo różane, bo drewno tego drzewa ma różowy kolor. W ogrodzie oczywiście jest sporo drzew cytrusowych, ale też charakterystycznych palm i kaktusów, m.in. sagopalm, który jest tak stary jak dinozaury – mówi pani Basia. Ma bardzo twarde liście ta odmiana palmy.

Podjeżdżamy na jedną z wież fortyfikacyjnych z czasów joannitów, by zachwycać się cudownymi widokami południowego wybrzeża Malty – z klifami, zatokami, plażami i mieniącego się wszystkimi kolorami błękitu morza. Wspinaczka na niewielką, kwadratową wieżę (może 10 m wysokości) jest trochę trudna. Schody strome maksymalnie, a na końcu drabina, na szczęście żelazna. Na moją uwagę, że na dole wygląda to jakby było tuż po zakończeniu pracy przez niechlujnych budowlańców, pani Basia odpowiada, że wieża jest dostępna dopiero od dwóch tygodni i że prawdopodobnie nie jest otwarta oficjalnie, ale turyści zaczęli wchodzić na nią, skoro drzwi były otwarte. Całkiem możliwe, że pierwszymi śmiałkami byli Polacy.

Ostatnim punktem programu jest dzisiaj zatoka – Anchor Bay. W 1980 roku słynny reżyser Robert Altman nakręcił film z niemniej słynnym Robinem Wiliamsem w głównej roli – „Popeye”. Na potrzeby filmu zbudowano wioskę Popeye Village właśnie w zatoce, którą oglądamy. Dwustu robotników pracowało przez pół roku nad jej powstaniem. Film okazał się klapą, ale wioskę postanowiono zachować (wzmocniono tylko konstrukcję dachów). Dziś za 18 euro można do niej wejść i oczywiście zobaczyć wspomniany film, inscenizację z nim związaną, plus plażowanie, kąpiel w szmaragdowego koloru wodzie. Bajkowe chatki pięknie komponują się z uroczą zatoką. Robimy oczywiście zdjęcia z zewnątrz. Dlaczego nie znam tego filmu? Pytam panią Basię. Bo Ksiądz nie ma dzieci. Film puszcza się dzieciom, by je zachęcić do jedzenia szpinaku, po którym bohater filmu nabiera niezwykłej siły.