Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Pielgrzymka Malta 2026

Pielgrzymka Malta 2026 – dzień 6

Dzisiaj nasze pielgrzymowanie prowadzi nas do Mellieħa. Już sama nazwa jest ciekawa, bo przy literce „h” u góry jest mała poprzeczka sprawiająca wrażenie krzyża w nazwie sanktuarium maryjnego, do którego dziś pielgrzymujemy. Jednak ten mały krzyżyk w nazwie miejscowości ma znaczenie wyłącznie językowe. To „h” z krzyżykiem się wymawia, podczas gdy „h” bez krzyżyka jest nieme. A już myślałem, że skoro sanktuarium jest tak stare (bo sięgające V wieku) w samej nazwie mieć będzie element religijny. Nic podobnego. Sanktuarium powstało jako naturalna jaskinia. Nie wiadomo, kiedy została konsekrowana jako kościół. Już w V wieku żyli tu mnisi reguły św. Augustyna i opiekowali się pielgrzymami. Potem w XV wieku nad kościołem – grotą wybudowano parafialny kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP. Tradycja mówi, że po rozbiciu się okrętu ze św. Pawłem w 60 roku, św. Łukasz, który mu towarzyszył (i zarazem pisał Dzieje Apostolskie) namalował na ścianie jaskini wizerunek Matki Bożej. Już w V wieku biskupi często odwiedzali to miejsce (ten fakt obrazuje cała ich plejada wymalowana w prezbiterium). W ciągu wieków obraz na ścianie był wielokrotnie „restaurowany”, czyli na nowo malowany tak, że jak w 1973 roku zdjęto wszystkie późniejsze warstwy i okazało się, że widoczny fresk (właściwie duży fragment tego fresku – u Matki Bożej widać tylko kciuk z ręki) pochodzi z XII wieku. Na ścianach placu przed sanktuarium na tablicach znajduje się modlitwa do matki Bożej z Mellieħa w różnych językach, także po polsku. Jest bardzo ciekawa, nawiązująca do starożytności tego miejsca.

„O Błogosławiona Dziewico, w tej świętej grocie w Mellieħa od samych początków chrześcijaństwa ojcowie nasi oddawali Tobie cześć i tak jak oni w Tobie pokładali nadzieję, a Ty ich wysłuchiwałaś, tak i my dzisiaj prosimy Ciebie: Skieruj na nas słodkie spojrzenie i uzdrów nas ze słabości materialnych i duchowych. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen”

W tym sanktuarium sprawujemy Mszę Świętą. Śpiewamy pieśni maryjne. Jak pięknie tutaj brzmi druga zwrotka Do Ciebie Matko, Szafarko łask: „Spoglądnij na nas przez obraz on Pomocy Nieustającej”. A na zakończenie chciałoby się zmienić: Z dawna Malty Tyś Królową. O wiele dłużej tutaj panuje niż w naszej kochanej Ojczyźnie. Ściany sanktuarium są pokryte alabastrem, drogim i pięknym rodzajem marmuru. Na łuku tęczowym wspaniała mozaika Chrystusa i Maryi. W zapleczu sanktuarium mnóstwo wotów dziękczynnych: tych starszych z czasów panowania kawalerów maltańskich i nowszych podziękowań za uzdrowienia „duchowe czy materialne” (jak modlą się w tym sanktuarium). W osobnej wnęce naczynia na oliwę, którą przynoszono, aby podtrzymywać ogień – pod łukiem tęczowym zawieszonych jest siedem stale płonących lamp. W jednej z bocznych kaplic wykutych w skale (w ciągu wieków sanktuarium ciągle powiększano) ciekawa mapa Europy z 20 narodowymi sanktuariami w różnych krajach, a po bokach wizerunki Madonn. Oczywiście jest też Matka Boża Częstochowska. Przed ołtarzem płyta upamiętniająca wizytę i modlitwę w tym miejscu św. Jana Pawła II (po maltańsku Papa Gwanni Pawlu II). Z tyłu sanktuarium taras widokowy i zapierające dech w piersiach widoki na morze, zatoki i wyspy Comino i Gozo.

Ruszamy w dalszą drogę. Kiedy zjeżdżamy z góry, pani Basia pokazuje nam wyspę św. Pawła (niezamieszkałą), w której znajduje się 4-metrowej wysokości figura Apostoła Narodów i mała kapliczka. Przy okazji opowiada, że kilkanaście lat temu był potężny sztorm i przystanie rybackie na tej wyspie zostały zmiecione wraz z „zawartością” (czyli rybami) kilkadziesiąt metrów w głąb lądu. Potem ludzie zbierali ryby na ulicach, tak jak my idziemy zbierać do lasu grzyby. Dalej mijamy dzielnicę Santa Maria – jedyną na Malcie zbudowaną na glinie, a nie na wapieniu. „Na Malcie nie ma nic” – stwierdza w pewnym momencie pani Basia, tłumacząc jak wiele drzew i innych roślin zostało dosłownie zżartych przez kozy sprowadzone z Sycylii. Śmiejemy się z gry słów: „Cosa Nostra” to nazwa mafii sycylijskiej, a tutaj sprowadzone kozy dokonały wręcz „mafijnych”, totalnych zniszczeń w naturze. Została tylko „makia”, jak mówią Maltańczycy, czyli niskie drzewa, krzewy, bukszpan, jałowce itd. Pani Basia zwraca nam uwagę, że są dwa rodzaje agaw: ta, która kwitnie prosto i ta, której kwiat wygina się w kształcie litery „U”. W ogóle agawy są tutaj chwastem. Jeśli posadzi się jedną, ta zakwitnie i uschnie, to ma się pewność, że niedługo będzie ich w tym miejscu kilkadziesiąt, tak mają rozbudowany system korzeni czy odrośli. Widać, że tylko te meksykańskie są wykorzystywane wielorako – jak pisałem już wcześniej. Dominującym kolorem nielicznych łąk czy nieużytków jest kolor żółty. Pewna Angielka sprowadziła te kwiatki na Maltę. Rozpanoszyły się jeszcze bardziej niż żarłoczne kozy i zostały nazwane na cześć Angielki „inglisia” (odpowiednik naszego szczawika żółtego). Po drodze zauważamy duże pole z karczochami. Szkoda, że do tej pory tylko raz były serwowane na kolacji w postaci marynowanej. Uwielbiam to bardzo wartościowe warzywo, u nas tak rzadko serwowane.

Kolejnym punktem naszej wędrówki jest sklep, wytwórnia biżuterii i wszelkiego rodzaju ozdób, gadżetów ze srebra. Fascynujący jest proces tworzenia naszyjników, kolczyków, bransoletek, pierścionków itd. Jubiler pokazuje nam, a pani Basia tłumaczy jego angielski. Srebro dociera do niego w postaci grudek. Grudki wytapia się i tworzy z nich sztabki. Z kolei sztabki rozciąga się w bardzo cienkie druciki, które z kolei zwija się przy pomocy malutkich pęset w spiralki, które układa się w określone wzory. Następnie „prasuje” się je i wypełnia przestrzenie między drucikami proszkiem ze srebra. Dalej wszystko się podgrzewa palnikiem gazowym, ale tak delikatnie, żeby nie stopić srebra, tylko ten pyłek wtopić w srebro. Następnie poleruje się owo srebro poddając je w specjalnej maszynie „atakowaniu” przez małe kulki ze stali nierdzewnej. I mamy gadżet gotowy. Następnie wysyła się dany produkt do urzędu, żeby uzyskać certyfikat, że srebro jest najwyższej próby, czyli 925. Gdyby zaszło nalotem – jak to bywa przy srebrnych rzeczach – pozostaje szczoteczka do zębów, płyn do mycia naczyń i mydło. Czegóż tutaj nie widzieliśmy? Samochodziki, mały samolot na wzór angielskiego Spitfire’a z czasów II wojny światowej, zwierzątka, kubki i filiżanki, malutkie fortepiany – „cuda nie widy”. Oczywiście nasze panie były najbardziej zainteresowane kolczykami, pierścionkami, wisiorkami itd. Jak zwykle nie ufają Panu Bogu, że stworzył je pięknymi i muszą Go „poprawiać”.

Kolejnym punktem wędrówki przez Maltę jest największy tutaj sklep i wytwórnia szkła. Najpierw wchodzimy do warsztatu, w którym trwa praca, a panowie skupieni na tworzeniu szklanych „cudów” w ogóle nie zwracają na nas uwagi. I dobrze, że są skoncentrowani na swej pracy. Temperatura stopionego szkła waha się między 1400 a 1600 stopni Celsjusza, a niektórzy z nich pracują nawet bez rękawic. Szkło (tak na marginesie) powstaje z topienia piasku, sody i wapienia w odpowiednich proporcjach. W dużej sali jest kilka pieców. Z pieca nr 3 wyciągają na długich żerdziach kawałki rozżarzonego szkła. Potem je formują na swego rodzaju imadłach, nieustannie kręcąc swoimi żerdziami. Doklejają potrzebne kawałki, „kolorują”, wkładają do pieca nr 5, by kolory utrwalić, a w piecu nr 4 nieco stopniowo ostudzić. Gdyby taki wyrób nagle ostudzić, szkło by popękało. Sprawność, szybkość, z jaką pracują tutaj panowie, jest godna podziwu. Nad nami wiszą wykwintne żyrandole. A sklepie można kupić szkło wszelkich kolorów, rodzajów. Są nawet obrazy robione na wzór mistrzów pędzla: Klimta czy Van Gogha.

Następnie udajemy się do portowej Sliemy, gdzie po godzinnej przerwie czeka na nas duży dwupoziomowy statek. Mamy zaplanowany rejs po malowniczych pobliskich zatokach. Najpierw opływamy małą wyspę Manoela (nazwa od imienia wielkiego mistrza), na której znajduje się fort i szpital Lazaretto. W tym szpitalu musieli przechodzić obowiązkową kwarantannę rycerze, którzy wracali z dalekich krajów przynajmniej czterdzieści dni (sprawdzano, czy nie przywlekli jakichś chorób ze sobą). Potem opływamy Vallettę – najmniejszą (jeden kilometr kwadratowy powierzchni) i najbardziej na południe wysuniętą stolicę Europy. Nad stolicą góruje wielka kopuła kościoła karmelitów. Wysoka na 42 m wznosi się nawet nad wieżę pobliskiego kościoła anglikańskiego. Konkatedra św. Jana nie ma kopuły. Wielcy Mistrzowie wprowadzili kiedyś przepis, że nic w mieście nie może być wyższe niż ich wielki pałac. Valletta jako całość została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Omijamy słynny z Wielkiego Oblężenia Fort św. Elmy i podziwiamy błyszczące w słońcu mury Sacra Infirmeria – wielkiego szpitala z czasów joannitów, który mógł przyjąć 1000 pacjentów (największa sala miała 150 m długości). W końcu nie można zapominać, że u podstaw powołania zakonu była służba medyczna (rycerski zakon szpitalników). Naczynia podawane chorym były już wtedy srebrne, wszak srebro ma właściwości antybakteryjne. Podziwiając Vallettę wpływamy do Wielkiego Portu (z ang. Grand Harbour). Wcina się na ląd prawie 4 km, a linia brzegowa 6 zatok tego portu rozciąga się na długości 15 km. W ogóle zatoka to po maltańsku „marsa” (stąd mamy nazwy miast na Sycylii Marsala czy we Francji Marsylia). Mijamy wielki katamaran, który pływa na Sycylię (ok. 90 km pokonuje w 1 godzinę i 45 min.). Widzimy wielki budynek spichlerza, który może pomieścić 180 tys. ton zboża (nieprawdopodobna ilość). Rocznie Malta zużywa ok. 60 tys. ton samej pszenicy. Wpływamy do poszczególnych zatok, nad którymi leży maltańskie Trójmiasto. Podziwiamy na czubku jednego z miast niewielką wieżę. Jak się dobrze przypatrzeć, wiadomo, czemu służyła. Jej ozdobą jest wielkie ucho i wielkie oko. Zwraca naszą uwagę fort św. Anioła, w którym był więziony Caravaggio, a z którego zdołał uciec na Sycylię do Syrakuz. Z kolei w innym forcie – Ricasoli były kręcone dwa słynne filmy Gladiator 1 i Gladiator 2. Kiedy po rejsie wracamy do hotelu, pani Basia wskazuje nam na horyzoncie wieże budowane jeszcze przez joannitów. Jest ich trzynaście na wybrzeżu, a z każdej widać następną i poprzedzającą. Jeśli zbliżało się niebezpieczeństwo (zawsze od strony morza) dawano sobie znaki dymem (w ciągu dnia) czy ogniem (w nocy), by jak najszybciej ostrzeżenie dotarło do odpowiednich władz.