Parafia św. Jadwigi w Chorzowie

Spodobało się Bogu zbawić ludzi nie inaczej jak tylko we wspólnocie…

Aktualności Blog Farorza Pielgrzymka Malta 2026

Pielgrzymka Malta 2026 – dzień 7

Dzisiaj udajemy się na wyspę Gozo. Podjeżdżamy do miejscowości Cirkewwa, gdzie wsiadamy na prom i pokonujemy 6 km odległości od wyspy w dwadzieścia parę minut. Były plany mostu między obiema wyspami, by usprawnić komunikację. Były plany tunelu. Ale po pierwsze – między wyspami jest rów tektoniczny i są tutaj trzęsienia ziemi, a po drugie mieszkańcy Gozo zdecydowanie sprzeciwiają się tym planom, chcąc nawet tak „geograficznie” zachować swą odrębność. Gozo oczywiście należy do państwa maltańskiego, choć nie zawsze tak było (dwa razy było niepodległe, raz za Napoleona).  Wyspa jest zdecydowanie mniejsza od wyspy Malta. Ma tylko 46 kościołów, a na wyspie Malta jest ich 313. A tak poważnie – 7 km na 14 i 42 km poszarpanej linii brzegowej.  Maltańczycy określają negatywnie Gozowian jako sknerów. Bo byli biedniejsi, bardziej uzależnieni od warunków przyrody, stąd musieli liczyć się z każdym wydanym groszem. Z kolei Gozowianie mówią o Maltańczykach, że są hałaśliwi. Przyjeżdżają na Gozo na weekendy i myślą, że są u siebie. Dopiero 10 lat temu zainstalowano sygnalizację świetlną na drogach. I zaraz Maltańczycy ukuli dowcip o Gozowianach. Przyjeżdża taki pod sygnalizator świetlny i ma czerwone światło. Stoi. Potem żółte. Dalej stoi. Potem zielone i dalej stoi. Gdy po raz drugi pojawia się czerwone rusza mówiąc: „Te już było, więc jakoś dojadę”. Dubina to po maltańsku „mucha”.  Jest wiec powiedzenie: „Jesteś natrętny jak mucha z Gozo”. Na Gozo widzimy po raz pierwszy wiatraki (choć jeden bez skrzydeł). Gozo jest bardziej sielskie, spokojne, wesołe. Czas tu płynie wolniej. Jest więcej zieleni. Tutaj jadąc po wyspie widzimy na razie jeszcze zielone łany zbóż i na oko widać, że terenów uprawnych jest więcej. W ogóle Gozo ma status ekowyspy, gdzie szczególnie dba się o zrównoważony rozwój wyspy z poszanowaniem środowiska naturalnego.

Jest tylko jedno miasto Rabat w centrum (wszystkie drogi na Gozo prowadzą do Rabatu), reszta to wsie. Ludności w sumie jest ok. 37 tys. (spośród 580 tys. Maltańczyków). Jest jeden minister w rządzie maltańskim odpowiedzialny za Gozo. Ulice, jak zauważyliśmy, są w „starówkach” gozowiańskich bardzo wąskie, kręte. Jak kierowca naszego autobusu (o typowo gozowiańskim imieniu Kevin) to wszystko pokonywał, było dla nas wręcz cudem. Czasem wstrzymywaliśmy oddech, gdy wjeżdżał w jakieś wąskie uliczki. Uliczki wytyczano tu – podkreśla p. Basia tak w sposób kręty, aby łatwiej było uciec od łucznika, a jemu trudniej ustrzelić uciekającego. P. Basia z przymrużeniem oka opowiada, że ulice wytyczał wóz prowadzony przez osła. Metr na lewo i prawo od wozu był kraniec drogi. Gdy osioł skręcał w prawo, droga skręcała w prawo. Gdy w lewo, wytyczano drogę w lewo. Gdy usiadł – to w tym miejscu powstawało rondo. Po charakterystycznym balkonie p. Basia stwierdza w pewnym momencie, że prawdopodobnie ta kamienica ma już czterysta lat. Po drodze mijamy resztki akweduktu, ale nie rzymskiego tylko zbudowanego w XIX wieku. Na trasie m. in.  mijamy kamieniołom. Bardzo prosto tnie się kamienie na budowle wszelkiego rodzaju w całym państwie. Odkrywa się czysty wapień. Od góry się go wyrównuje. Potem tnie się równiutko, poziomo na 28 cm grubości (wszystkie kamienie z wapienia mają taką grubość), a potem tak jak dzielimy sernik czy makowiec na takie same kawałki ale pionowo. Widać było w głębokim dole takie rzędy równo przyciętych wapieni. Dom na Malcie może sobie każdy wybudować, byleby miał zatwierdzony projekt przez architekta. Jak ktoś zauważał, że na swoim polu pod cienką warstwą ziemi ma fajny wapień, to ziemię wywoził albo – lepiej – sprzedawał (wszak tutaj ma swoją cenę) i na mniejszą skalę ciął swój wapień i robił lepszy interes niż na uprawie roli. Gorzej, jak pojawiała się woda morska i wapień na jego polu tracił na swoich właściwościach. Jak rozpoznać dobry wapień od takiego skażonego solą? Polewa się go wodą. Po dobrym wapieniu woda spłynie, a do złego wsiąka. Ale, gdy Maltańczykowi interes z kamieniami nie wyszedł nic straconego. W takich małych czy większych dolinkach można uprawiać cytrusy. Są osłonięte od wiatru a jest w nich wystarczająco wody (może być zasolona), aby owoce były słodkie. Tak na marginesie – najsłodsze cytrusy są w Izraelu nad Morzem Martwym, gdzie gleba jest wyjątkowo mocno zasolona. Jadąc przez wsie Gozo widzimy na dachach sporo dyni. P. Basia wyjaśnia, że w menu tutejszym dynia odgrywa dużą rolę. Dodaje się ją do minestry czyli zupy jako swego rodzaju zagęszczacz. Gozowianie o łysym człowieku mówią: wygląda jak dynia. Swoją drogą nasze słowo „dynia” po maltańsku znaczy globus.

Na Gozo udajemy się najpierw do bazyliki sanktuarium Ta Pinu dosł. należąca do Filipa. Tak miał na imię właściciel tego terenu, gdzie od XVI wieku znajdowała się kapliczka z obrazem Matki Bożej Wniebowziętej. W 1883 roku przechodząca tam Karmni Grima usłyszała glos wzywający do odmówienia trzech „Zdrowaś Maryjo”. Maryja zapowiedziała, że przez rok nie będzie mogła tutaj przychodzić. Po powrocie do domu Karmni ciężko zachorowała i rzeczywiście przez 12 miesięcy nie mogła wychodzić z domu.   Później ktoś inny też słyszał głosy. W krótce po objawieniu odnotowano uzdrowienia, który przyczyniły się do rozszerzenia kultu obrazu Matki Bożej. Starą kapliczkę miano rozebrać (była już wprawie w ruinie), ale robotnik, który zaczął pracę złamał rękę. Maltańczycy są przesądni i uznano to za znak, aby kaplicę pozostawić i tylko wyremontować. Obecny kościół w stylu neoromańskim został wybudowany w latach 1920-1931 i istniejącą wcześniej kaplicę wkomponowano weń. Sanktuarium odwiedzili papieże św. Jan Paweł II i Franciszek. Papież Benedykt nie mógł przybyć tutaj będąc na Malcie, więc obraz powędrował na wyspę Malta, a papież uhonorował go odznaką złotej róży. Wcześniej Jan Paweł II ofiarował Maryi 5 gwiazd, które teraz zdobią wizerunek twarzy Maryi (dwie gwiazdy z jednej i trzy z drugiej strony). Kiedy wchodzimy na plac przed bazyliką uderzają nasz wzrok 4 duże ekrany z pięknymi mozaikami Rupnika z 20 tajemnicami różańca św. (po 5 tajemnic na naszym ekranie). Mozaiki iskrzą się w słońcu i pięknie wyglądają. Ich piękna absolutnie nie zamąca mi skandal, który wywołał ich autor. Jestem absolutnie przeciwny ich zasłanianiu czy zdrapywaniu tylko dlatego, że ich twórca wywołał zgorszenie swoimi grzechami. P. Basia zgadza się z moim zdaniem dodając, że jeśliby tak postępowano z dziełami sztuki to nawet połowa musiałaby być zniszczona ze względu na grzeszność ich twórców. W pięknym, jednolitym stylowo kościele sprawujemy Eucharystię na ołtarzu tuż przed obrazem Matki Bożej Wniebowziętej (jak na Jasnej Górze kapłan jest tyłem do ludu). W kościele wszystkie pozostałe obrazy obok najważniejszego to piękne dwudziestowieczne mozaiki ukazujące tajemnice z życia Matki Bożej. Po raz pierwszy na Malcie mamy do dyspozycji polski mszał z czytaniami będący na wyposażeniu zakrystii.

Potem udajemy się do Dwejry miejsca trzech cudów natury, z których jeden zniknął w otchłaniach morza 8 marca 2017 roku. Chodzi o „okno na świat” jak nazywano łuk, a właściwie mostek nad morzem łączący stały ląd (w tym wypadku klif) z potężnym słupem. Niestety słup skalny nieustannie podmywany przez fale właśnie wspomnianego dnia runął wraz z łącznikiem do wody i „cudu nie ma”. Zapytałem p. Basię czy tam wchodzili przez wąski „mostek” na ten słup. Odpowiedziała, że owszem byli śmiałkowie, mimo wyraźnego zakazu i tablic przed mostkiem. „Matka kretynów jest zawsze w ciąży” skwitowała te próby śmiałków. Mimo, że zawsze tutaj jest wiele turystów (dzisiaj z nami było nawet kilka autobusów), to w momencie zwalania się naturalnej konstrukcji nie było w tym miejscu nikogo. Gozowianki się pocieszają, że mają jedno okno mniej do mycia.  Drugim cudem jest wewnętrzne morze. Woda wydrążyła pod ziemią korytarz, właściwie tunel długości 80 m i wypłukała miejsce na naturalne jezioro wśród skał. W ogóle ciekawie się tutaj chodzi. Skały pod nogami tworzą fantastyczne kształty. Po sztormach woda drąży w wapieniu kałuże, małe stawy, które stają się coraz głębsze na skutek erozji i czasem wysychają lub nie i tworzą suche zagłębienia. Trzecim cudem jest Skała Grzyba – charakterystyczna 60-metrowa wapienna skała. Nazwa pochodzi od rzadkiej rośliny cynomorium coccineum, którą joannici uważali za leczniczą i surowo strzegli. Za zerwanie groziło dwa lata galer (czyli praktycznie śmierć). Dziś roślina też jest chroniona i za jej zerwanie grozi 500 euro kary. Szpitalnicy nawet wznieśli w tym miejscu wieżę obserwacyjną w 1651 roku, by strzec tej wyspy. Nawet wygładzono ściany wyspy, by uniemożliwić wspinaczkę. Jedyny sposób dostania się na wyspę kiedyś to gondola rozciągnięta między wyspą a stałym lądem zatoki. Przez wygląd podobny do narządów ludzkich i czerwony kolor miała zastosowanie lecznicze, ale dzisiejsze badania nie potwierdzają tych właściwości rośliny zwanej „grzybem maltańskim”.

Zatoka Xlendi (czyt. Szlendeja). Przepiękne miejsce. Prostokątna zatoka wbijająca się w ląd, a właściwie skały klifu, który przecina. Kolor morza, skalne urwiska, niebo bezchmurne dziś tworzą uroczy zakątek. Widzimy kąpiących się śmiałków. Dzisiaj temperatura powietrza sięga prawie 20 stopni. Morze oczywiście chłodniejsze, ale cóż to jest dla morsów.

Kolejnym punktem jest Fontana wioska słynąca z dwóch grot w których tryska woda. Nazwa pochodzi z języka włoskiego i oznacza źródło. Bo wokół dwóch źródeł czystej wody już w XVI wieku wytworzyła się tradycja swego rodzaju publicznej pralni. Nas jednak nie interesują pralnie, ale sklep między nimi. Wchodzimy i „wita” nas Gozowianka w onelli charakterystycznym, tutejszym stroju z potężnym „welonem” wokół głowy. Rzeźba jest tak realistycznie zrobiona, że można ją potraktować jak żywą. Część tekstylna i część gastronomiczna. A więc tutejsze – ponoć bardzo dobre – wina i likiery (kompletnie mnie nie interesują). Ale kupujemy tutejszą odmianę oscypka w różnych wersjach (łagodnej i ostrej), jakieś kremy z suszonych pomidorów, wszelkie wyroby z chleba świętojańskiego (karobu), z pistacji itd. Na słodko i na kwaśno, ostro i łagodnie, w płynach i pastach, białe i kolorowe. Pytam tylko delikatnie i przewidująco p. Basię czy tutaj na lotnisko ostro sprawdzają wagę bagażu.

Teraz udajemy się do Rabatu czyli Wiktorii. W czasach królowej z XIX wieku przemianowano Rabat na Victorię, ale wśród tutejszych mieszkańców nadal centralne miasto funkcjonuje jako Rabat. Anglicy nie byli tu lubiani. W czasie całego panowania nie wybudowali nawet jednej szkoły, a Maltę traktowali jako swój niezatapialny lotniskowiec. Miasto Rabat jest gwarne, zatłoczone, hałaśliwe. Wędrujemy przez starówkę podziwiając niezliczone wizerunki św. Jerzego walczącego ze smokiem. Cała dzielnica nosi imię św. Jerzego, stąd te miniaturowe często wizerunki przy wejściach do domu. Dochodzimy do centralnego placu miasta i część z nas wybiera się na wspinaczkę na cytadelę z katedrą pośrodku. Katedra z dwoma wieżami, ale zabrakło pieniędzy na kopułę, więc namalowano ją iluzjonistycznie od wewnątrz. W głównej nawie wygląda to jak kopuła, a jak się popatrzy z lewej czy prawej albo od tyłu widać całą iluzję malarza. Tak jak u św. Ignacego w Rzymie. Przed katedrą dwa pomniki papieży Piusa IX i Jana Pawła II. Kiedy tutaj był wyszedł na zewnątrz z katedry i maltański wiatr zdmuchnął mu piuskę. Ktoś zrobił zdjęcie tej chwili i to zdjęcie potraktowano jako wzór dla sympatycznego wizerunku na pomniku.

Po czasie wolnym udajemy się do portu i ostatnim akcentem naszej pielgrzymki jest przejazd całej grupy motorówką wzdłuż kolejnej wysepki Comino i tzw. Błękitnej Laguny. Motorówka chwieje się na wszystkie strony. Mamy niezły ubaw. Ci, którzy są z tyłu są nieco spryskiwani lub lekko oblewani wodą rozpryskującą się za motorówką. A bajeczne, fantastyczne kształty, klify, otwory, uskoki, łuki wzdłuż wyspy wynagradzają wielokrotnie wszelkie niedogodności.

Wracając do hotelu modlimy się różaniec za naszą panią przewodniczkę Basię, która wspaniale nas prowadziła, wtajemniczała i dzieliła się chętnie tym, co wie o Malcie, ukazując nie tylko fakty, ale pewnego ducha tej dalekiej dla nas, tajemniczej, a tak fascynującej wyspy i społeczności na niej. Pragnę też podziękować Biuru Podróży Orbi z Bielska za organizację pielgrzymki, a szczególnie panu Rafałowi, który wraz z żoną dzielnie, dobrze i bezpiecznie nas pilotował.